spacerkiem po mieście

To teraz może o tym co dziś. Dziś sobota, a jak sobota to wolne, a jak wolne, to trzeba zwiedzać. Jako, że miała przyjechać dziś mama Sandry, i zaproponowała, że jutro możemy gdzieś pojechać samochodem na wycieczkę, to postanowiliśmy, że pójdziemy do biura turystycznego aby zapytać się co warto w Andaluzji zwiedzić (a tak naprawdę po mapy, bo dają tam mapy za darmo, czegokolwiek się chce w Hiszpanii). Do Centrum kawałek, ale poszliśmy na piechotę.

Targ arabski w centrum.



Klasztor kartuzów z kościołem, z XVI-XVII w., z zakrystią w stylu churrigueryzmu z XVIII w.; zaliczany do arcydzieł architektury barokowej. (za wikipedia.pl). A tak przy okazji, obok niego, na tym samym wzgórzu jest mój wydział. Piękne miejsce.


Rio Genil. Rzeka przepływająca przez Granadę.



Ok, to trochę zdjęć z dzisiejszej wycieczki. Teraz przechodzimy do poważnych kwestii.


Trochę o ruchu drogowym w Granadzie. O zasadach ruchu, które występują w bardzo specyficznej formie. Mianowicie, przy przechodzeniu przez jezdnię nie warto patrzeć na światło jakie mamy tylko na to czy coś jedzie czy nie. Mieszkańcy Granady przechodzą śmiało na czerwonym jeśli nic nie jedzie oczywiście. Pomysł jak najbardziej uzasadniony, i jeśli ktoś czeka na zielone, to oznacza że jest turystą. Jeśli chcemy upodobnić się do tutejszych – śmiało idziemy na czerwonym. Nie wiem czy jest to nielegalne aż tak, żeby dostać mandat, ponieważ wszyscy to tutaj robią i wielokrotnie jest w pobliży policja i to widzi i nie ma żadnej reakcji więc pewnie nie jest to karane. Bądź co bądź sposób, przypominający Gruzję, gdzie też nie obowiązują tak sztywne reguły jak w Polsce przy przekraczaniu ulicy, co więcej, tam jest jeszcze mniej przejść, a to dlatego, że pieszy to intruz na ulicy i o jej przekroczenie musi zadbać sam i sam musi uważać. Mi się ten sposób bardziej podoba. Przynajmniej człowiek musi myśleć jak przechodzi przez ulicę. A inną kwestią jest, że samochody tutaj jeżdżą wyjątkowo spokojnie, w mieście nie widzi się szaleńców jak u nas wielokrotnie. I jak już ktoś jest na ulicy to kierowca zawsze się zatrzymuje, nawet jeśli nie przechodzi się na pasach.
To zdjęcie, które wrzuciłem, pokazuje pasy z pewnym napisem, są nieraz takie. Pasy, które też ostrzegają. Napisane jest tam, że jedna na 3 śmierci w Granadzie ma miejsce na ulicy, więc trzeba uważać. Trzeba owszem, inaczej konsekwencje mogą być bardzo duże.

I kolejna ciekawostka, tym razem dla wszystkich znajomych z Filozofii, tej lubelskiej. W roku ubiegłym mieliśmy kurs monograficzny z Ontologii. Patrzcie jakie ogłoszenia można spotkać na ulicy:


Ogłaszają się z kursami z Metafizyki, oczywiście płatne, więc niezbyt się nimi interesuję, ale swoją drogą ciekawe czego można się tam z tej zacnej Metafizyki nauczyć, bo jak wracam pamięcią do roku ubiegłego, to nie wiem co z Ontologii mogłoby się znaleźć w ofercie takiego kursu. Może zadzwonię i się zapytam…:)

Kończąc, prezentacja gazety, którą znaleźliśmy do wzięcia w biurze turystycznym. Szkoda, że po Japońsku, a nie po Chińsku… no ale cóż, jak ktoś zna, może przetłumaczyć.


I od Xu dostałem linka z filmikiem z obchodów 60. rocznicy ChRL. Ciekawie zrobiony, chociaż same uroczystości jak razem doszliśmy do wniosku – bez sensu w dzisiejszych czasach.

.

Tym multimedialnym akcentem kończę na dziś. Jutro – niedzielne jajko niespodzianka:)

jk

… sjesta

W miejsce kropek w tytule możecie sobie wstawić co tylko chcecie, a co w jakiś sposób może wyrazić Waszą irytację, w tym wypadku wyobraźcie sobie, że irytujecie się tym czym jest tzw. sjesta. Tak, jest to rzecz bardzo ale to bardzo irytująca, zwłaszcza, kiedy chce się cokolwiek załatwić. Tu w Hiszpanii jest tak, że pracuje się w bardzo różnych godzinach. Zwykle od 8-9 do 14 i potem jest … sjesta …, i potem od około 16 do 20. Co ciekawe, zwykle sjesta zaczyna się punktualnie o 14, żeby się paliło, waliło to i tak zamkną sklep – bo sjesta. Problem zaczyna się z powrotem do pracy po południu, tu już sprawa nie wygląda tak pięknie, nieraz trzeba czekać aż otworzą sklep czy biuro czy urząd, bo nie zawsze zdążają na czas.
Dla przykładu chcąc załatwić coś w banku, który mam pod samiutkim oknem, jest w moim bloku, muszę pójść tam między 9 a 14, bo w nim tylko w takich godzinach pracują. Akurat w nim nie ma zmiany po południu, jest tylko pięć godzin pracy. No cóż, trzeba się przestawić i nauczyć żyć w takich realiach.

Po tym wstępie dotyczącym troszkę życia codziennego, kilka uwag. Od kilku dni nasilone w mediach były reklamy Madrytu jako miasta pretendującego do organizowania Olimpiady w 2016 roku. To jedna z reklam w prasie:

Pomimo tego, że mają fajne logo, to jednak się nie udało im wygrać. Oglądaliśmy dziś transmisję na żywo. Z całym szacunkiem do Olimpiad Nowożytnych, ale po ostatniej pekińskiej, jakoś straciło dla mnie znaczenie to wydarzenie. Gdzieś ideały starożytnych się zagubiły. Nawet dziś w El Mundo, pojawił się duży artykuł na temat tego co w Chinach się działo w ostatnich dniach. I porównywali to wszystko do Olimpiady sprzed roku, że robione jest wiele aby odwrócić uwagę od wydarzeń w których cierpią najzwyczajniejsi obywatele. po tym wszystkim jakoś olimpiada na mnie nie działa. Tak całkiem a’propos to dziś jestem radosny, bo te artykuły o Olimpiadzie i Chinach, przeczytałem sam ;), wprawdzie zajęlo mi to 40 minut ale opłacało się:)

Zaległe zdjęcia ze wczoraj. Zdjęcia szyldu od fryzjera po Arabsku. I drugi sklep to mięsny. Wygląda to cudownie:) Też pod domem mam to:) [jak się kliknie, to się powiększy]

I jeszcze zdjęcia plakatów promujących socjalizm. Jak na razie nie grozi mi uczestnictwo w tych spotkaniach. Jutro wybieram się, ale na inne, poświęcone poezji chińskiej w Instytucie Konfucjusza. Zobaczymy ile w tej poezji komunizmu będzie.

Końcowo wrzucę zdjęcie swojego wydziału, żeby nie było, że jakiś nieładny. Ładny a i owszem.


Co ciekawe na moim wydziale oprócz Filozofii są też Filologie. Jest to coś niesamowitego, kiedy w ciągu dnia idąc korytarzem, człowiek próbuje rozwiązać co chwilę podobną zagadkę – w jakim języku mówią osoby stojące/przechodzące obok. A języków jest co niemiara. Pięknie taka mieszanka brzmi.

nauka

Zaczęła się nauka na uniwersytecie. Od trzech dni niej jestem studentem jak dawniej UMCS, ale UGR – Universidad de Granada. W zasadzie się niewiele zmieniło, bo plan mam taki sam jaki bym miał w Lublinie. Przedmioty wybrane tak aby po powrocie do Lublina mieć jak najmniej do nadrabiania. Zostanie tylko do zdania jeden egzamin – Filozofia Polska, to oczywiste, że tutaj nie ma takiego przedmiotu, za to tu można studiować Filozofię Hiszpańską. Ale to nie dla mnie. Ale o planie zajęć będzie potem. Teraz o samych studiach.

Jako Erasmus, mogę wybierać przedmioty w zasadzie jak chcę. Zależy to tylko i wyłącznie ode mnie. Muszę wybrać przynajmniej 60% przedmiotów z Instytutu Filozofii, a pozostałe najwięcej 40% – z jakichkolwiek innych, co mi tylko przyjdzie do głowy. Skorzystałem z tego i wybrałem dokładnie odpowiednio 60 i 40%. Na zajęcia w Instytucie Filozofii chodzę chyba jako jedyny obcokrajowiec, do tej pory nie spotkałem nikogo z innego kraju. Na zajęciach więc wykładowcy mówią normalnym Hiszpańskim jak dla nich. Szybko mówią. Ale idzie zrozumieć. Dziś miałem pierwsze normalne zajęcia, czyli nie zajęcia organizacyjne, na których mówi się co i jak będzie wyglądało w danym semestrze. Zajęcia z antropologii. Porobiłem notatek a tak z 4 strony:) pół na pół – po Hiszpańsku i Polsku, bo nie nadążałem tłumaczyć sobie wszystkiego. Ale wykładowcy są wyrozumiali. Pierwszego dnia na zajęciach z filozofii współczesnej, profesor powiedział, że zaliczeniem będzie między innymi praca pisemna przekrojowa z całego roku (bo to przedmiot roczny), na minimum 15 stron, tak, oczywiście, że po Hiszpańsku. Też zrobiłem oczy jak złotówki, ale po zajęciach pogadaliśmy i mam do niego przyjść pod koniec roku i pogadamy na temat mojego ulubionego filozofa. Na Antropologii, trzeba będzie przygotować w grupach prezentacje nt. danego antropologa i zaprezentować się przed grupą – już wyobrażam sobie swoje błędy słowne, ale będzie to ciekawe doświadczenie, nie mogę się go doczekać. I to te dwa przedmioty mam w Instytucie Filozofii, na resztę chodzę do Filologii Romańskiej. Chodzę na Arabski i Chiński. Chiński to wiadomo dlaczego wybrałem. Ale Arabski? Gdybym tego nie wybrał, zrobił bym coś wbrew sobie. Być w takim miejscu, gdzie kultura arabska jest widoczna na każdym rogu (dosłownie na każdym, po raz pierwszy w życiu widziałem szyld męskiego fryzjera po Arabsku) i nie uczyć się tego języka to coś niestosownego. Wybrałem oczywiście najłatwiejszą drogę – lektorat. Całoroczny. Były pierwsze zajęcia ale tylko organizacyjne, więc nic specjalnego poza tym, że trzeba było się przedstawić. Były nerwy, bo to pierwszy mój taki publiczny występ przed tak dużą publicznością, której nie znam po Hiszpańsku, ale udało się. Zrozumieli wszystko co powiedziałem. Pewnie, każdy dzień będzie przynosił nowe wyzwania, będę pisał. Po pierwszych trzech dniach na nowych studiach jestem pełen zapału i optymizmy.

Tak a’propos, tutaj studia rozpoczęły się w poniedziałek, a nie jak w Polsce jutro – czyli 1 października. Tutaj uczymy się już trzy dni.

Dziś też dzień prezentacji mojego mieszkania. Zacznę od osób i mojego pokoju. Reszta w kolejnych dniach.

Sandra, Kuba, Jenifer

Tak wygląda nasza ekipa. Od lewej Kanarek (zapomniałem imienia, Sandra z Peru, Kuba, Jenifer z Ekwadoru i jej piesek Piter.

A pokoje:

Mój pokój, widok z wejścia do niego.

Widok z szafy, dosłownie.

Taki widok mam jak siedzę przy biurku przy laptopie i uczę się. Widzę ścianę drugiego bloku, trochę nieciekawie, dlatego to siedzę większość dnia w salonie, w którym siedzą też dziewczyny, więc uczymy się razem. To też fajny nawyk w tym domu. Obiady zwykle są wspólne i kolacja też. Atmosfera na prawdę rodzinna.

A dziś to już tak końcowo, Granadę nawiedziły bardzo obfite deszcze. Zapowiadali deszcze ale w centrum Hiszpanii, wyprzedziły meteorologów i dziś dotarły także do nas. My wybraliśmy się na spacer, ale deszcz złapał nas zaraz po wyjściu z domu.

Kiedy już przemokliśmy do końca, stwierdziliśmy, że i tak to obojętne…

hasta mańana

jk

Kryzys

Jakoś dziwnie się czuję, kiedy dookoła mnie z dnia na dzień zaczęło się mówić o wszechobecnym kryzysie, jako o rzeczy która również mnie dotyczy. W Polsce owszem, mówiło się o kryzysie, choć w większości występował on jako słowo nowomowy – znaczyło wszystko i nic. Tu, w Hiszpanii jest trochę inaczej. Hiszpania jednak odczuwa mocniej niż my skutki kryzysu. W telewizji, w gazetach, w radiu wszędzie kryzys. W rozmowie z moimi współlokatorkami o możliwości znalezienia pracy, też padał argument o kryzysie, że teraz może by trudniej dla mnie znaleźć pracę. Młodzi jednak mają pomysł na rozwiązanie kryzysu. W wielu miejscach na murach można zobaczyć sprayem napisane napisy, plakaty informujące o manifestacjach, spotkaniach, debatach domagających się powrotu…socjalizmu! U mnie na uniwersytecie na każdym wydziale są plakaty informujące o grupach, w których można spełniać socjalistyczne hasła. Wiele młodzieżówek działających tu.
Wiele młodzieżówek, różnych. Na przykład, w niedzielę jak poszedłem do kościoła na mszę dla młodzieży, jeszcze było to przed oficjalnym rozpoczęciem roku akademickiego, więc nie było wszystkich w Granadzie, to cały kościół wypełniony był po brzegi młodzieżą. Cały! A kościół większy jest tu niż ten nasz lubelski, więc i młodzieży się więcej zmieści. A ta jak widać kryzysu nie przeżywa…