Misją Stowarzyszenia Solidarności Globalnej jest niesienie pomocy osobom będącym w potrzebie poprzez działalność misyjną, rozwojową, edukacyjną, humanitarną oraz wszelką działalność służącą ochronie godności życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci.
Nasi partnerzy


Polub nas na:

Somethere

GHANA

Katarzyna Zagraba i Marek Guzowski spędzili trzy tygodnie w Ghanie, na zachodzie Afryki. Uczestniczyli tam w międzynarodowym projekcie misyjnym prowadzonym przez Siostry i Ojców Białych w gronie osób z całej Europy. Razem z o. J. Wróblewskim, Misjonarzem Afryki, byli tam jedynymi reprezentantami Polski i Lublina.

 

Oto relacje z ich pobytu.

GHANA – KRÓTKI PRZEWODNIK DLA POCZĄTKUJĄCYCH

 

Jedna stacja telewizyjna, dwa uniwersytety, dwanaście portów lotniczych, 30 tys. telefonów komórkowych i 23 tysiące kilometrów kwadratowych powierzchni. A także ośrodki misyjne Ojców i Sióstr Białych. Ghana - cel podróży Katarzyny Zagraby, Marka Guzowskiego i grupy młodych Europejczyków pod opieką o. Jacka Wróblewskiego z Lublina i Jeanette van den Biggelaar z Belgii.

Wiosną tego roku o Ghanie można było w Polsce usłyszeć przy okazji akcji polskich werbistów, którzy zbierali dla Afrykańczyków używane okulary. Na początku kwietnia 35 tysięcy par okularów wysłano do Saboby, gdzie działa przychodnia okulistyczna prowadzona przez werbistę Andrzeja Kędziorę. Stamtąd trafiły do potrzebujących.

Republika Ghany (Republic of Ghana) to państwo w środkowo-zachodniej części Afryki. Liczy prawie 23 tysięcy kilometrówkwadratowych, co stanowi dwie trzecie wielkości Polski.

Na zachodzie graniczy z Wybrzeżem Kości Słoniowej, na północy z Burkina Faso, na wschodzie z Togo, południową granicę wyznacza zaś wybrzeże Zatoki Gwinejskiej.Ghana stanowi część Złotego Wybrzeża, krainy geograficznej w zachodniej Afryce, nad Zatoką Gwinejską, między ujściami rzek Tano (na zachodzie) i Wolty (na wschodzie).

Stolicą Ghany jest Akra (Accra). Leży nad Zatoką Gwinejską, w południowej części kraju, stanowi ośrodek administracyjny regionu o tej samej nazwie. Akra to główne centrum polityczne, gospodarcze i kulturalne Ghany. Inne większe miasta to Kumasi, Tamale Tema, Sekondi-Takoradi i Obuasi.

Ghana liczy ok. 19,5 mln mieszkańców. To przedstawiciele różnych plemion. Południową i środkową część Ghany zamieszkują ludy Akan (ponad połowa ludności), Ewe i Ga z grupy gwinejskiej, na północy żyją ludy Bantu — głównie Mossi, Gurma i Grussi. Choć językiem urzędowym jest angielski, mieszkańcy kraju mówią około 75 różnymi językami i dialektami, najczęściej w języku Akan i Ewe. Wielu z nich to analfabeci. Umiejętność czytania i pisania posiadło 64 proc. obywateli Ghany.

Największą grupą wyznaniową są protestanci, katolikiem jest przeciętnie co piąty obywatel kraju. Spotyka się liczne grupy wyznawców pierwotnych religii – animistów, są także muzułmanie sunnici.

Znaczną część powierzchni kraju zajmują wyżyny: Aszanti i Kwahu. Pierwsza z nich osiąga średnią wysokość 200-300 m n.p.m., druga zaś wznosi się znacznie wyżej, osiągając 788 m n.p.m. (góra Akwawa). W środkowej części Ghany rozciąga się kotlina Wolty, oddzielona wyraźną krawędzią od wyżyny Kwahu. Wolta to główna rzeka kraju. Na wschodzie, wzdłuż granicy z Togo, ciągnie się niewysokie pasmo Gór Togo. Charakterystyczną dla Ghany naturalną szatę roślinną tworzą wilgotne lasy równikowe (35% powierzchni) przechodzące ku północy w lasy galeriowe, następnie zaś w sawanny.

W Ghanie panuje klimat równikowy wilgotny. Średnia roczna temperatura waha się przez cały rok w stałych granicach i wynosi od 22 do 31°C.

Ghana to czołowy w skali świata producent kakao. Na zaspokojenie potrzeb wewnętrznych uprawia się kukurydzę, proso, ryż, bawełnę, maniok, trzcinę cukrową, tytoń, bataty, owoce cytrusowe, warzywa. Mieszkańcy są także hodowcami bydła, trzody chlewnej, owiec i kóz. Na wybrzeżu rozwija się rybołówstwo. Ważnym sektorem gospodarki jest bazujące na bogatych zasobach naturalnych leśnictwo. Od pewnego czasu znaczącą rolę zaczął odgrywać rozwijający się przemysł, głównie sektor wydobywczy.

W Ghanie działają cztery uczelnie typu akademickiego: uniwersytet w Legon koło Akry (założony w 1948 roku jako wyższa szkoła, w 1961 przekształcona w uniwersytet), politechnika w Kumasi (założona w 1951), uniwersytet w Cape Coast (założony w 1962) i akademia medyczna w Akrze (założona w 1964). W Ghanie działa też kilka wyższych szkół zawodowych.

Ghana wyrosła z konfederacji Aszanti, państwa Aszantów powstałego w latach 70. XVII w. na terenach zwanych Kwaman, w dzisiejszej krainie Aszanti. Tradycja przypisuje ukształtowanie państwa dwom klanom ludu Aszantów - Bretuo i Oyoko, które utworzyły pierwsze plemienne państewka, tzw. omany. W końcu XVII w. najważniejszymi omanami były: Kumasi, Juaben, Bekwai, Mampong, Kokofu i Nsuta. Władcą wszystkich Aszantich został Osei Tutu, panujący w latach 1697-1717. Państwo Aszantów tworzyło konfederację obejmującą klanowe omany i państwa zdobyte w wyniku wojen. Władcom podbitych państw pozostawiono swobodę w prowadzeniu polityki wewnętrznej, zmuszając ich jedynie do płacenia trybutu i udzielania pomocy wojskowej w toczonych wojnach. Największe znaczenie państwo Aszantów osiągnęło w czasach panowania Osei Kwadwo (1764-1777) i Osei Bonsu (1801-1824), którzy dokonali zasadniczych reform.

W XVIII w. państwo Aszantów podporządkowało sobie obszar obejmujący obecne Wybrzeże Kości Słoniowej i Togo, przejęło kontrolę nad terenami bogatymi w pokłady złota i nad handlem z Europejczykami. W tym czasie państwo Aszantów było największym dostawcą niewolników na całym Złotym Wybrzeżu, skąd wywożono ich do Ameryki. Od XIX w. toczyło liczne wojny z Brytyjczykami.

Europejską kolonizację obszaru Ghany zapoczątkowali pod koniec XV w. Portugalczycy zakładając w 1471 fort na wybrzeżu. W XVII w. miejscowość została ufortyfikowana w odpowiedzi na założenie w pobliżu konkurencyjnych osad przez Holendrów, Duńczyków i Anglików. Przybysze z Europy instalowali, głównie na wybrzeżu, placówki handlowe, czerpiąc największe zyski z handlu niewolnikami. W XIX w. dominację nad obszarami Ghany objęła Wielka Brytania, nadając w 1828 krajowi status kolonii koronnej. W 1874 ogłoszono Ghanę brytyjskim protektoratem. W 1876 angielska osada została stolicą brytyjskiej kolonii Złote Wybrzeże. W miarę upływu czasu wszystkie osady połączyły się i utworzyły Akrę. Nowa część miasta była budowana od lat 20. XX w. W 1935 roku Wielka Brytania reaktywowała oficjalnie państwo Aszantów. W 1957 kolonia Złote Wybrzeże uzyskała niepodległość pod nazwą Ghana, a Akra została stolicą nowego państwa. Do Ghany włączono państwo Aszantow. 6 marca Ghana obchodzi święto narodowe - Dzień Niepodległości.

Ghana jest republiką. Głową państwa jest prezydent wybierany w wyborach powszechnych na 4 lata. Władza ustawodawcza należy do dwustuosobowego Zgromadzenia Narodowego.

Pierwszym prezydentem po proklamowaniu republiki wybrano Kwame Nkrumaha. Rządy w kraju kilkakrotnie zmieniały się wskutek wojskowych zamachów stanu. Przywódcą dwóch ostatnich był Jerry John Rawlings, który po ostatnim puczu, w styczniu 1981, osobiście objął rządy, zawieszając konstytucję i zakazując działalności wszystkich partii. W maju 1992 uchylono zakaz działania partii politycznych.

W grudniu 1992 odbyły się pierwsze po 13 latach wolne wybory parlamentarne i prezydenckie. Zwycięstwo odniósł J.J. Rawlings i kierowana przez niego partia Demokratyczny Kongres Narodowy. Opozycja zbojkotowała wybory zarzucając zwycięzcom manipulacje przy przygotowywaniu list osób uprawnionych do głosowania. Od początku 1993 obowiązuje nowa konstytucja gwarantująca istnienie systemu wielopartyjnego i wolność prasy.

 

 

DOTKNĄĆ AFRYKI W AFRYCE

[29-07-03]

 

 

Zaczęło się w 1980 roku, kiedy we Francji Zgromadzenia Sióstr i Ojców Białych – Misjonarzy Afryki zorganizowały pierwsze spotkanie dla młodzieży zainteresowanej pracą misyjną w Afryce.

Przez kolejne 17 lat co roku grupa młodzieży z różnych krajów Europy przyjeżdżała do jednego z europejskich miast, by tam wspólnie rozmawiać o problemach nękających Afrykę, oraz słuchać opowieści, na czym polega praca misjonarza.

17 – letnie doświadczenie uświadomiło nam, że nie wystarczy mówić o misjach. Trzeba raczej dać zakosztować młodym pracy misyjnej i Afryki w samej Afryce. I tak narodziła się idea African Youth Project - mówi siostra Ann z holenderskiego Zgromadzenia Sióstr Białych, mieszkająca w klasztorze w Esch.

African Youth Projectto trzytygodniowy wyjazd do jednego z afrykańskich krajów, podczas którego młodzi ludzie mogą zapoznać się z pracą placówek misyjnych.

Chcemy wzbudzić w młodych ludziach refleksje: dlaczego ośrodki misyjne w Afryce, mimo wielu niebezpieczeństw – takich jak trzęsienia ziemi – wciąż funkcjonują? Chcemy także, żeby zaczęli się zastanawiać, co powoduje, że znajdują się ludzie, którzy postanawiają zostawić wszystko i oddać swoje życie na rzecz służby drugiemu człowiekowi, często w bardzo trudnych warunkach. Najczęściej tego typu wyjazdy owocują niesamowitą wrażliwością na problemy misyjne, a czasem nawet powołaniami zakonnymi – tłumaczy siostra Ann.

Do tej pory African Youth Project realizowany był w Burkina Faso (1998 1999 rok), Tanzanii (2000 i 2001rok), Mali (2002) oraz w tym roku w Ghanie.

Kiedy na zakończenie rozmowy poprosiłam siostrę Ann o radę, jakiej udzieliłaby nam – udającym się za parę dni do Ghany - powiedziała: Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte i z wielkim szacunkiem podchodźcie do tego, co nieznane. Wtedy wyjazd będzie dla was czymś o wiele większym niż tylko „przygoda życia”, o jakiej wielu marzy.

Z siostrą Ann mogłam porozmawiać,  po wielu trudach (26 – godzinnej podróży z Polski do Utrechtu i dwóch przesiadkach w Holandii) kiedy dotarliśmy (wraz z Markiem i o. Jackiem) w końcu do holenderskiego, czyli tymczasowego celu naszej wyprawy. Esch to mała, bardzo stara wioska z dwoma tysiącami mieszkańców. Zatrzymaliśmy się w klasztorze (jedynym w całej Holandii, nie licząc dwóch mniejszych domów) Sióstr Białych – Misjonarek Afryki. Klasztor, którego patronką jest święta Monika, pochodzi z 1895 roku, ale Siostry Białe były w Holandii pięć lat wcześniej. Budynek klasztorny jest bardzo przestronny, otoczony dużym ogrodem, w którym siostry pracują.

Obecnie w klasztorze mieszkają 23 holenderskie “siostry – emerytki”, które po wielu latach wróciły z afrykańskich misji.

Siostry są bardzo sympatyczne. To, że na nas czekały i przygotowywały się na nasze przyjęcie, widać chociażby w takich szczegółach, jak własnoręcznie szyte serwetki obiadowe dla każdego z nas czy wizytówki z naszymi imionami i nazwiskami przyklejone na drzwiach pokojów

Wkrótce przyjadą nasi koledzy z Holandii, Belgii, Anglii, Niemiec i Francji. W środę będziemy się poznawać i przygotowywać do wyjazdu, a w czwartek o 14.30 odlecimy z Amsterdamu do Ghany. W Accrze planowo powinniśmy wylądować o 19.25.

 

 

KARIBUNI WOTE

[31-07-03]

 

Różne kraje, różne języki, różne temperamenty, ale ten sam: afrykańsko – misyjny cel, wobec którego wszystkie różnice  - jeśli nawet z przyczyn obiektywnych nie znikają - to przynajmniej nie mają znaczenia.

We wtorek po południu przyjechali pozostali uczestnicy African Youth Project: Christophe, Laurent, Myriam i Alexandra z Francji, Mike i Jeannette z Belgii, Jonathan z Anglii,  Baris z Niemiec oraz  Ilze z Holandii.

Mogliśmy zatem rozpocząć ostatni etap przygotowań do afrykańskiej wyprawy. Baris, który był już dwa razy w Ghanie, udzielił nam kilku istotnych informacji, jak zachowywać się w tym kraju. Wskazówki były tym bardziej cenne, iż bazowały na praktycznym doświadczeniu, a tego nie można znaleźć w żadnych przewodnikach. Opowiadał o mieszkańcach Ghany.

Ghańczycy są na ogół bardzo pozytywnie nastawieni do nowospotkanych osób, ale są jednocześnie świetnymi psychologami i momentalnie potrafią zajrzeć w duszę swojego rozmówcy. Charakter relacji i stopień zażyłości, jaką nam uda się nawiązać w dużej mierze zależy więc od nas.- mówił Baris.

Mieliśmy bardzo mało czasu, aby wzajemnie się poznać. Od razu  jednak wyczuwa się coś bardzo specyficznego w charakterze naszych relacji. Nie wiemy o sobie prawie nic, ale jednoczą nas nasze motywacje. Nie traciliśmy czasu na grzecznościowe rozmowy i od razu przeszliśmy do meritum naszej wyprawy.

W czwartek  rano zostanie odprawiona w języku angielskim Msza święta w intencji naszego wyjazdu.

W atmosferę podróży wchodzimy również poprzez pieśni w języku swahili. Tak brzmi refren pieśni na wejście:

Refren:

Karibuni wote, karibuni ndugu ee,

Ingieni kwa furaha kubwa,

Nyumbani kwa Bab’ etu

Otrzymamy błogosławieństwo przez nałożenie rąk. Formuła błogosławieństwa została przygotowana specjalnie na tę okazję. Zostaniemy rozesłani, tak jak prawie 2000 lat temu uczniowie przez Chrystusa. W drugiej części naszej podróży my także zostaniemy posłani po dwoje do różnych ośrodków misyjnych. Na zakończenie odpalimy świece od paschału na znak zobowiązania do niesienia Chrystusa ludziom w Afryce.

 

 

Z LUBLINA VIA ESCH DO ACCRY – Z OSTATNIEJ CHWILI

 

Właśnie zakończył się ostatni etap przygotowań do naszej afrykańsko - misyjnej wyprawy w holenderskim Esch. Uczestniczyliśmy w uroczystej Mszy Świętej, przygotowanej wcześniej przez Siostry Białe, odprawionej w intencji owocnego wyjazdu do Ghany. Otrzymaliśmy w związku z tym specjalne błogosławieństwo przez nałożenie rąk.

Ksiądz, który wypowiadał formułę błogosławieństwa skierował do nas bardzo ważne słowa. Powiedział, że jesteśmy apostołami naszych czasów, i tak samo jak uczniowie Jezusa zostali wysłani w świat, tak my dzisiaj jesteśmy posłani do Ghany, by nieść ludziom pokój, nadzieję, by świadczyć że nie jesteśmy obojętni na ich problemy, pomimo tego iż mieszkamy na innym kontynencie. Jako znak zgody i gotowości głoszenia Ewangelii wśród ludzi, których spotkamy, każdy z nas na zakończenie mszy świętej odpalił świecę od paschału. Świece dostaliśmy od sióstr białych, każda świeca jest biała i ma przyklejoną flagę Ghany. Analogia między pierwszymi apostołami a nami polega także na tym, że w drugiej części naszej podróży zostaniemy wysłani tak jak uczniowie Jezusa po dwie osoby do ośrodków misyjnych. Z tym że, jest istotna różnica pomiędzy nami, uczestnikami programu dla młodzieży a misjonarzami. Podczas gdy misjonarze jadą uczyć, my jedziemy się uczyć, podczas gdy misjonarze jadą mówić, my jedziemy słuchać, poznawać i przyglądać się.

Wkrótce ruszamy pociągiem do Amsterdamu, a po południu samolotem do Accry.

 

 

CAPE COAST - PRZED MISJĄ W KUMASI

(Cape Coast, Ghana, 4.08.03)

 

Najpierw opóźniony samolot. Problemy techniczne. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale wciąż pełni entuzjazmu. Cierpliwie, czy nie cierpliwie - czekamy... Nie tracimy z Markiem czasu: pytamy uczestników wyprawy o oczekiwania, nagrywamy wypowiedzi, filmujemy. Wszyscy uśmiechają się komentując nasz "reporterski zapał".

Wreszcie stratujemy. Najpierw wchodzą matki z dziećmi, potem ludzie wymagający opieki i nareszcie my! Siadamy. Zapinamy pasy. Wbici w siedzenia przez moment nie oddychamy i lecimy. Próbuję nawiązać rozmowę z Barisem, jednym z uczestników naszej misji. "Nie mogę powiedzieć dlaczego lecę do Afryki już 3 raz. Wszystko wyjaśni się, kiedy wylądujemy" - odpowiada zniecierpliwiony Baris.

19.50 czasu lokalnego w Ghanie - wylądowaliśmy.

Chcąc oddać muzykę, barwy, zapachy fragmentu afrykańskiego świata, który do tej pory zobaczyliśmy, musiałabym sięgnąć do wywodzącej się z tradycji japońskiej formy wiersza, zwanej - HAIKU. Ale nie zrobię tego, dopóki nie nauczę się japońskiego.

Generalna cecha tej - zupełnie odmiennej od europejskiej - rzeczywistości jest inność. Jest to najkrótsza charakterystyka miejsca, jaką do tej pory w życiu napisałam i jednocześnie najbardziej oddająca istotę rzeczy.

Kolejny cel naszej wyprawy osiągnięty. Jesteśmy już drugi dzień w Cape Coast (pierwszej stolicy Ghany). Mieszkamy w małym hotelu na obrzeżach miasta. W pobliżu naszych kwater znajduje się zbiornik z wodą, w którym mieszkają krokodyle. Podobno (tak przynajmniej twierdzą pracownicy hotelu)te uroczo-zielone stworzenia lubią nocne wyprawy do pokojów gości. No cóż, tej nocy mam ostatnią szansę, by przekonać się czy to prawda.

Wczoraj byliśmy na wycieczce w Elminie, małej miejscowości, gdzie znajduje się zamek zwany Elmina Castle. Wybudowany został przez Portugalczyków w 1482. Początkowo znajdowało się tam Centrum Handlu kością słoniową, a później zamek zamienił się w miejsce handlu niewolnikami. Małe, ciasne pomieszczenia bez toalet, w których jednocześnie musiało zmieścić się 150 osób, kula przywiązywana do nogi za przewinienia, cela śmierci- to tylko niektóre obiekty, jakie mogliśmy obejrzeć. Jeden z paradoksów: tuż przy celi śmierci stal kościół - wybudowany także przez pobożnych Portugalczyków.

Niedzielę zaczęliśmy od Mszy w afrykańskim kościele. Wypełniona śpiewem, tańcem, licznymi procesjami i wielką radością kolorowo ubranych Afrykańczyków Eucharystia trwała ok. 3 godzin. Później udaliśmy się na spotkanie z ojcem Robem, który opowiadał nam o jednym z realizowanych przez Ojców Białych projektów (Environmental Concern Office). Celem projektu jest uświadamianie ludziom, że dbanie o środowisko naturalne jest jednym z obowiązków religijnych chrześcijanina. " Ludzie muszą poczuć się odpowiedzialni za otaczającą rzeczywistość. Ale nie tylko dlatego, żeby im się lepiej żyło, ale też, a może przede wszystkim dlatego, że ZIEMIA jest pięknem podarowanym człowiekowi przez Boga". Ojciec Rob mówił o spoczywającej na nas (w kontekście naszej wyprawy) odpowiedzialności: "Musicie tu coś po sobie zostawić. Ten misyjny wyjazd nie może się skończyć wraz z opuszczeniem Ghany".

Dzień zakończył się spacerem po plaży. Jutro udajemy się na północ do Kumasi.

 

 

A LA LA DOL BENI

(Tamale, Ghana, 5.08.03)

 

A la la dol beni, a la la dol beni, a la la dol beni o dobe ni – to słowa piosenki, którą śpiewamy tu przed śniadaniem. W Akrze, gdzie spędziliśmy dwa dni dołączyli do nas główni organizatorzy African Youth Project, siostra Elżbieta i brat Tomasz, obydwoje pochodzenia niemieckiego. Czas płynie tutaj proporcjonalnie pięć razy wolniej niż w Polsce. Najwyraźniej Afrykańczycy dosłownie potraktowali starożytną maksymą festina lente, czyli spiesz się powoli.

Wczoraj byliśmy w Akosombo, miejscowości, w której znajduje się jezioro Wolta. Jest to największe na świecie jezioro, które uczyniła ręka ludzka. Mimo, iż nad jeziorem byliśmy zaledwie kilka minut, a dojazd w obie strony zajął nam cały dzień, śmiem twierdzić, że była to jedna z najlepszych wycieczek w moim życiu. Ta podróż umożliwiła nam zakosztowanie namiastki afrykańskiej rzeczywistości, na którą składają się zupełnie inne od tych, do których przywykliśmy, zapachy, barwy i dźwięki.

Mamy już za sobą pierwsze kontakty i rozmowy z miejscową ludnością. Tutejsi mieszkańcy są bardzo otwarci, podchodzą do nas, przedstawiają się, pytają o cel naszej wyprawy. Bardzo często takie rozmowy łączą się z chęcią sprzedaży nam czegokolwiek, choćby własnej koszuli, którą akurat mają na sobie. Ale równie często rozmowy są zwyczajne, bezinteresowne. Podchodzą, żeby po prostu się o nas czegoś dowiedzieć.

Mieliśmy także bardzo ciekawe spotkanie z biskupem tutejszej diecezji, Philipem Name. Pytał nas, czego oczekujemy od tej wyprawy, o nasze motywacje. Powiedział nam też bardzo ważną rzecz. Mianowicie, że najważniejsze jest, abyśmy przebywając na misjach, podczas drugiej części pobytu w Ghanie, byli nastawieni przede wszystkim na prawdziwe spotkanie drugiego człowieka. O wiele prościej jest sprawić, żeby postęp cywilizacyjny dotarł w takie miejsce, niż nieść ludziom wiarę i nadzieję. A celem misji, jak podkreślał biskup Name, jest owszem, pomoc społeczności w rozwijaniu się, ale sam rozwój to o wiele za mało, jeśli nie opiera się na fundamencie chrześcijaństwa.

Dzisiaj – wtorek 5 sierpnia – przejechaliśmy do Tamale (północna Ghana) i wkrótce będziemy musieli zdecydować, na jaką placówkę pojedziemy w drugiej części African Youth Project. Dziewczyny na 10 dni mogą wybrać jedną z trzech placówek: praca się z dziećmi, z byłymi prostytutkami lub w miejscu, gdzie zajmują się dialogiem między muzułmanami a chrześcijanami. Chłopcy natomiast mają do wyboru placówkę, w której zajmują się działalnością duszpasterską wśród młodzieży, oraz placówkę objętą programem o nazwie “Praca duszpasterska na stacjach misyjnych w buszu”, cokolwiek by to nie znaczyło.

 

 

W DORZECZU DOLNEJ WOLTY

(Ghana, 6.08.03)

 

Właśnie tam w dorzeczu Białej Wolty, przy granicy z Burkina Faso, przebywają obecnie Kasia i Marek już od tygodnia przebywający w Ghanie w ramach wolontariatu misyjnego, realizowanego we współpracy ze Siostrami i Ojcami Białymi (Misjonarze Afryki). Północna część Ghany należy do najuboższych, stąd nasilają się tam problemy społeczne: głód, brak opieki lekarskiej i oświaty, prostytucja, „dzieci-ulicy”.

W takich warunkach podejmują pracę misyjną placówki Sióstr i Ojców Białych, gdzie przez najbliższe kilkanaście dni nasi wolontariusze będą posługiwać.

 

 

WŚRÓD MUZUŁMANÓW I BYŁYCH PROSTYTUTEK

(Kongo, wieś w płn. Ghanie, 7.08.2003)

 

Dzisiejszy dzień dla uczestników Africa Youth Project to odwiedziny w 4 placówkach misyjnych w północnych prowincjach Ghany – Northern, Upper East i Upper West graniczących z Burkina Faso i Togo. Po tym misyjnym “rajdzie” wszyscy – przypominamy, że w sumie jest 12 uczestników wyprawy – wracają do wioski Kongo, gdzie znajduje się Spiritual Renewal Centre (Centrum Odnowy Duchowej).

W północno-wschodniej Ghanie znaczna część mieszkańców wyznaje islam. Wśród nich przebywać będzie w najbliższych dniach Marek Guzowski

Od jutra uczestnicy zostają przydzieleni do konkretnych placówek. I tak Marek Guzowski uda się z trzema innymi chłopcami do Saveligu, gdzie funkcjonuje trzyosobowa wspólnota Ojców Białych. Praca polegać będzie na kontakcie z członkami plemienia Dagomba, których kultura silnie przeniknięta jest wpływami islamu. Grupa, w której bierze udział Marek ma roboczą nazwę: DIALOG MIĘDZYRELIGIJNY.

Z kolei Kasia Zagraba udaje się najpierw do Gumo ( w pobliżu Tamale), gdzie do poniedziałku pozostanie w 4-osobowej wspólnocie Sióstr Białych. Potem przenosi się do Tamale (stolica prowincji Northern), by tam jeszcze z jedną uczestniczką projektu podjąć posługę w ośrodku zajmującym się pracą wśród byłych prostytutek.

Kasia podczas zwiedzania okolic dawnej stolicy Ghany – Cape Coast

Oboje nasi wolontariusze mają już za sobą problemy z aklimatyzacją w warunkach tropikalnych.

 

 

NAWRONGO I PRACA Z DZIEĆMI

(Ghana, wieś Kongo, 8.08.2003)

 

Wczoraj wieczorem wolontariusze misyjni w ramach projektu Africa Youth Project odbyli podróż do ostatniego z większych miast na północy Ghany, w pobliżu granicy z Burkina Faso – Nawrongo. Miejsce to jest szczególne dla misji Ojców Białych, ponieważ tam w 1906 roku powstała ich pierwsza placówka. Młodzi misjonarze oprócz wizyty w ośrodku misyjnym wzięli udział także w Mszy Świętej w miejscowej katedrze.

Dzisiejszy dzień upłynął im na pracy. Dla Kasi była to posługa wśród ubogich dzieci w Gumo (na północ od Tamale – patrz mapa), a dla Marka pierwsze kontakty z muzułmanami z plemienia Dagomba w Saveligu, ok. 30 km na wschód od Tamale. W rozmowie podkreślają, że właśnie sytuacja dzieci w Ghanie jest najbardziej dramatyczna.

Często pozbawione są podstawowej opieki rodziców, dostępu do lekarza czy możliwości nauki. Dodatkowo wiele z nich wykorzystywanych jest do ciężkiej pracy w kopalniach złota na wschodzie kraju.

 

 

MŁODZI MISJONARZE W CZTERECH PLACÓWKACH

(Gumo, Ghana, 9.08.2003)

 

Dasiba, antere ,anola - to słowa pozdrowienia ludności, mieszkającej w wiosce Gumo, które wczoraj miałam okazję opanować do perfekcji. Dasiba mówi się rano, antere w południe, anola zaś - wieczorem. Na te wszystkie pozdrowienia odpowiada się na, na, co znaczy dobrze, mam się dobrze lub po prostu tak.

Przedwczoraj, czyli w czwartek, rozpoczął się drugi etap African Youth Project, na który wszyscy czekaliśmy z niecierpliwością, ponieważ do tej pory tylko słuchaliśmy opowieści o misjach, a teraz mamy wreszcie szansę przekonać się, jak funkcjonują te placówki i jak naprawdę wygląda życie na misjach. Nasza 10-osobowa grupa została najpierw podzielona na mniejsze, 2-3 – osobowe grupki, a później rozesłana do czterech placówek misyjnych.

Pierwsza placówka znajduje się w Bunkpurugu, wiosce na wschodniej granicy Ghany z Togo. Wspólnota Ojców Białych, którzy tam żyją, zajmuje się dialogiem z lokalnymi wierzeniami. Kolejna placówka mieści się we wsi Savelugu. Głównym zadaniem tej placówki jest praca z plemieniem Dagomba. Jest to największe plemię na północy Ghany, przesiąknięte wpływem Islamu – tam udał się Marek. Trzeci ośrodek, do którego pojechali uczestnicy projektu, to wioska Gumo. Mieszkające tu siostry zajmują się pracą z dziećmi. Ostatnia placówka, którą zresztą ja wybrałam, mieści się w Tamale. Główne zadanie tego ośrodka polega na walce z formą handlu niewolnikami, zwłaszcza kobietami. Do Tamale będę mogła pojechać dopiero w poniedziałek, ponieważ siostra, która miała się nami opiekować, jest chora. Tak więc póki co, jestem w Gumo.

Gumo to przeciętna afrykańska wioska. Elektryczność założono tu 5 lat temu. Wszystkie chaty są okrągłe, gliniane, kryte strzechą. W środku domu wylany jest cement, a na nim leżą maty, na których się śpi. W jednym gospodarstwie mieszka cała rodzina – bliższa i dalsza. Gotują na wspólnym ognisku, które płonie na środku podwórka. Mieszkańcy tej wsi to głównie muzułmanie, ale jest też kilka rodzin chrześcijańskich. Znajduje się tu nawet jeden kościół, w którym co tydzień odprawiana jest Msza Św. Jest także meczet, ale dopiero w trakcie budowy.

Dzisiaj jeszcze przed nami wizyta w Tamale, gdzie odbędą się święcenia kapłańskie syna szefa jednej z wiosek. A teraz żegnam się słowami miejscowej ludności: antere!

 

 

ŁASKAWY WÓDZ W GUMO

(Gumo, Ghana, 10.08.2003)

 

Przedwczoraj zostaliśmy przedstawieni wodzowi wioski w Gumo. Jest to bardzo ciekawy obrzęd, o ile tak to można nazwać. Do wioski długo szliśmy przez pole kukurydzy. Następnie powitał nas zastępca szefa wioski. Dalej czekał już na nas syn wodza, który zaprowadził nas do ojca. Przed domem zdjęliśmy buty – to bardzo ważny gest. Weszliśmy – w milczeniu – i wszyscy kucnęliśmy. Wtedy siostra Elżbieta przedstawiła każdego z nas. Ludzie zgromadzeni tam zaczęli klaskać, a my przyłączyliśmy się do tych oklasków i dopiero wtedy mogliśmy usiąść na drewnianej ławce. Wódz przez cały czas mówił coś do nas w swoim języku, a my, choć nie rozumieliśmy, też cały czas odpowiadaliśmy na na, z czego on był bardzo zadowolony.

Kiedy tak “porozmawialiśmy”, nastąpił poczęstunek. Poczęstowano nas dwoma dużymi orzechami. Każdy z nas odgryzał kawałek i podawał dalej. Orzech był bardzo gorzki, co pewnie widać było po mięśniach naszych twarzy, ale i tak musieliśmy zachwalać orzechy mówiąc na na, bo to też wchodziło w skład obrzędu przedstawienia. Po tych uroczystościach w domu szefa mogliśmy pójść na spacer po wiosce i czuć się bezpiecznie, gdyż zostaliśmy zaakceptowani. A kiedy się idzie przez wioskę, trzeba przed każdym domem zatrzymać się i pozdrowić jego mieszkańców.

 

PIĘKNY REZERWAT I SLUMSY

 

Sięgam także do moich zapisków z poprzednich dni.

Tajemnicze, kuszące piękno przyrody, ale też brudne i cuchnące miasta – kontrasty Ghany i chyba całej Afryki.

W ubiegły poniedziałek czekała nas od 6.00 rano wycieczka do Kakum National Park(jeden z pięciu wielkich rezerwatów w Ghanie, niedaleko Cape Coast, dawnej stolicy kraju). Niezapomniane przeżycie: ekscytująca przechadzka po wykonanych ze sznurków, a zawieszonych ok. 40 metrów nad ziemią mostach, ptasie symfonie i skaczące niemal nad naszymi głowami małpy.

Podczas gdy ów rezerwat niezwykle wszystkich zachwycił i zauroczył, w Kumasi, mieście gdzie pojechaliśmy później, doświadczyliśmy mniej radosnej strony Afryki. Konfrontacja, bazujących na encyklopedycznych informacjach, wyobrażeń na temat tego miasta (“serce plemienia Ashanti i największe centrum kulturowe zachodniej Afryki”) z zastaną rzeczywistością (dzieci bawiące się na wysypiskach śmieci, ludzie załatwiający potrzeby fizjologiczne w centrum miasta czy też spływające tuż przy chodnikach ścieki) wywołała co najmniej konsternację.

To typowe afrykańskie miasto – wyjaśniał nam ojciec Jacek, doświadczony misjonarz - żeby zrozumieć i pokochać Afrykę z całym jej bogactwem kulturowym, trzeba dać sobie czas.

Bogatsi o świadomość, że nie możemy oceniać afrykańskiego świata według kryteriów, którymi zwykliśmy się posługiwać, poszliśmy na spacer ulicami Kumasi, by patrzeć i słuchać. Jak zwykle budziliśmy zainteresowanie tubylców. Tym razem jednak nie tyle ze względu na kolor skóry, co na domniemaną zasobność naszych portfeli.

Na szczęście, dzięki instrukcjom siostry Elżbiety, mieliśmy już opanowane arkana sztuki robienia zakupów. W dużym skrócie wygląda to tak.

Pytamy o cenę interesującego nas produktu, następnie (słysząc odpowiedź) odchodzimy (z zamiarem powrotu, rzecz jasna), mówiąc niemal oburzonym tonem: “Pani/pan chyba żartuje!”. Sprzedawca wówczas biegnie za nami, po czym targując się jeszcze trochę, kupujemy pożądany towar za pół ceny.

Szczególną uwagę zwracają dzieci, które nie umiejąc powiedzieć w języku angielskim ile maja lat, świetnie radzą sobie ze zwrotem: “Give me some money, please”. Sytuacja, kiedy małe, często brudne Murzyniątko prosi o pieniądze, patrząc przy tym błagalnie swoimi dużymi, pięknymi oczami, bardzo silnie oddziałuje na emocje.

Niektórzy z naszej grupy (wrażliwsi bądź po prostu nieświadomi) spontanicznie reagowali na ten wzruszający widok, spełniając natychmiast prośbę dzieciaków.

Stało się to później przyczynkiem do ciekawej dyskusji, która nawiązała się już podczas drogi powrotnej. Opinie były podzielone. Zwolennicy dawania pieniędzy argumentowali swoje stanowisko bardzo trudną sytuacją ekonomiczną kraju. Z kolei przeciwnicy podkreślali konieczność szerszego spojrzenia na zjawisko i uświadomienia sobie, że dając dzieciom pieniądze utwierdza się je w przekonaniu, że nie muszą iść do szkoły, bo mają już zawód żebraka.

We wtorek opuściliśmy Kumasi, udając się na północ Ghany. Zatrzymaliśmy się na 2 dni w Spiritual Renewal Centre w wiosce Kongo, gdzie wysłuchaliśmy wykładu o sytuacji kobiet w Ghanie oraz odwiedziliśmy nielegalną kopalnię złota, w której pracują także dzieci. W czwartek po uroczystej mszy odprawionej w katedrze w Navrongo (miejsce, gdzie w 1906 Ojcowie Biali przybyli po raz pierwszy do Afryki) podzieliliśmy się na 2 lub 3 – osobowe grupki, które przez 8 następnych dni będą mieszkały w placówkach misyjnych Ojców i Sióstr Białych. Marek jest już na placówce w Saveligu, a ja zanim dotrę do Tamale (tam będę posługiwać w ośrodku dla byłych prostytutek) do poniedziałku (11.08) przebywam w Gumo, we wspólnocie, która zajmuje się głównie nauczaniem dzieci.

 

 

W PROCESJI ... PAPIER TOALETOWY

(Savelugu, Ghana, 11.08.2003)

 

Nasi młodzi wolontariusze uczestniczyli przedwczoraj w święceniach kapłańskich Johna Bapitsty, księdza, który jest synem jednego z wodzów się niedaleko Tamale. Uroczystość odbyła się w katedrze w Tamale z udziałem kilkuset ludzi. Trwała ponad 4 godziny. Na warunki afrykańskie i tak niedługo, bo na przykład uroczystości Bożego Ciała rozciągają się na 7 godzin. Osobliwością był fakt, że w procesji z darami niesiono do ołtarza ... papier toaletowy.

Po Mszy przed katedrą uczestnicy świętowali jeszcze przez 2 godziny tańcząc i śpiewając.

Dzisiaj okolice Tamale nawiedził rzęsisty deszcz (w Ghanie jest teraz pora deszczowa). Marek kontynuował pracę w Savelugu (z plemieniem Gabomba), a Kasia w Gumo (głównie praca z dziećmi).

 

 

OŚMIORĘCZNE KOBIETY

(Tamale, Ghana, 14.08. 2003)

 

Jedną ręką gotuje, drugą zmywa, trzecią pierze, czwartą szyje, piątą uprawia ziemię, szóstą karmi zwierzęta, siódmą zbiera chrust, ósmą handluje… Jeszcze wiadro z wodą na głowie, jedno dziecko na plecach, drugie prowadzone za rękę - i opis przeciętnej afrykańskiej kobiety gotowy.

Mówi się, że kobiety afrykańskie mają po osiem rak, ale by rzeczywiście mogły poradzić sobie ze wszystkimi obowiązkami, powinny mieć ich co najmniej kilkanaście. Przekonałam się o tym, słuchając wykładu o sytuacji kobiet afrykańskich (głównie na północy Ghany). Wykład wygłosiła Lucy Awuni, matka trojga dzieci, nauczycielka w szkole podstawowej, wychowanka Sióstr Białych, która działa w organizacji uświadamiającej kobiety i współpracuje z Misjonarzami Afryki.

Pracują od 4.00 do 20.00, a czasem nawet dłużej. Czy są zmęczone? Po pierwsze nikt ich o to nie pyta, a po drugie tak jest od wieków. Od najmłodszych lat dziewczynki słyszą: jesteś kobietą, więc musisz wyjść za mąż, rodzić dzieci i zajmować się domem. Młode dziewczyny wydawane są za mąż nawet za 80 – letnich starców. Zawarcie związku małżeńskiego nie jest bowiem sprawą indywidualnego wyboru, tylko kontynuacją zwyczaju rodzinnego, rodzajem kontraktu. Na północy Ghany żonę można kupić za kilka krów. Kiedy potem brat sprzedanej dziewczyny chce się ożenić, kupuje swoją wybrankę za posag ofiarowany przez szwagra. Co ciekawe, Lucy została “sprzedana” obecnemu mężowi tylko za dwie krowy, ponieważ pochodzi z rodziny chrześcijańskiej (jej ojciec jest katechistą): rodzice nie żądali żadnej zapłaty, ale stryj się uparł.

Wszystko zależy od plemienia, do którego przynależy młode małżeństwo. Po ślubie zazwyczaj żona przenosi się do domu rodzinnego męża. W plemieniu Dagomba teściowa mieszka z synem i synową, decydując o całym ich życiu (także seksualnym), do czasu urodzenia się trzeciego dziecka. Kobiet nie pyta się z reguły o zdanie. Gdy mąż liczy się z opinią swojej żony, często jest to źle widziane przez jego rodziców (bywa i tak, że jedynym sposobem komunikacji między małżonkami jest współżycie seksualne).

Sytuacja kobiet jest o wiele lepsza w rodzinach chrześcijańskich oraz w miejscach pracy, gdzie kobiety piastują takie same stanowiska, jak mężczyźni. Tam zdarza się, że kobietom okazuje się szacunek i uznanie.

Katolicy na ogół starają się mieć jedną żonę, ale nie zawsze udaje im się ten zamiar zrealizować. Ciśnienie tradycji jest tak silne, że jeśli ktoś jest monogamistą, traktowany jest jak kawaler.

Jednym ze skutków presji jak najszybszego zamążpójścia jest bardzo mały procent wykształconych kobiet. Podczas gdy podstawówki są pełne dziewczynek, do szkol średnich chodzą przeważnie sami chłopcy. Co prawda w miastach edukacja jest bardziej powszechna, ale 80 proc. miejscowości na północy Ghany to wioski.

W Afryce obserwujemy codzienność, ale uczestniczymy też w uroczystościach. Takich jak święcenia kapłańskie.

W sobotę pojechaliśmy ze wspólnotą Sióstr Białych z Gumo na święcenia kapłańskie Johna Panpogee. John pochodzi z plemienia Dagaabas, które zamieszkuje zachodni region Ghany, stolica tego regionu to Wa. Eucharystia trwała ok. pięciu godzin, złożyło się na nią bardzo dużo tańca, śpiewu, muzyki. Siostry pocieszały nas, że jak na taką uroczystość, to wcale nie było długo, podobno procesja na Boże Ciało przeciąga się do co najmniej siedmiu.

Po zakończeniu mszy nowowyświęcony ksiądz otrzymywał różne prezenty. Wśród wielu jeden zasługuje na odnotowanie: przedstawiciele plemienia Frafra na wschodzie Ghany wręczyli księdzu małego psa. Ma to swoje uzasadnienie: od dawna ludzie z plemienia Dagaabas “walczą”, robiąc sobie różne żarty, z plemieniem Frafra. Dagaabas twierdzą, że Frafra jedzą psie głowy, Frafranie pozostają im dłużni w pomówieniach. Kiedy ludzie z zachodniego regionu spotykają się z ludźmi ze wschodniego regionu “wyzywają” się wzajemnie, mówiąc np. “Ty jesteś moim niewolnikiem”. Wszystko to są żarty, ale dostępne tylko tym dwóm plemionom, ludzie z innego plemienia nie mogliby obrażać, nawet w żartach, Dagaabas lub Frafra. Frafra rozpoznają Dagaabas po dialekcie, Dagaabas Frafra po naciętych policzkach.

Po Mszy - potańcówka na placu przykościelnym, a potem długi spacer ulicami Tamale na dworzec autobusowy, którym okazał się potem targ. Zamiast autobusu, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni - samochód z powyjmowanymi siedzeniami z tylu, coś w stylu naszego poloneza kombi z paką. W środku 17 osób (w tym dwoje dzieci), kury, trochę żywności, na dachu rower, walizki i trzy osoby, kilka osób w kabinie. To był prywatny, legalny przewóz!

Niedziela – wspólna modlitwa w kościele w Gumo. Zostaliśmy oficjalnie przedstawieni uczestnikom modlitwy, powitali nas bardzo serdecznie, potem młodzież odprowadziła nas do domu. Wieczorem spacer po wiosce, pamiątkowe zdjęcia z mieszkańcami. Wieczorem nauka afrykańskich tańców w placówce Sióstr. Miejscowi przyszli. Zaakceptowali nas!

Wracając do codzienności: garść faktów o Gumo.

Gumo to wieś oddalona o 15 km od Tamale. Zamieszkuje ją 500 dorosłych i mnóstwo dzieci (dokładna liczba niemożliwa do ustalenia). 98 proc. mieszkańców to rolnicy, większość z nich wyznaje islam, część wierzenia lokalne, jest trochę katolików.

Gumo boryka się z różnymi problemami. Problemem jest na przykład malaria. Ludzie przychodzą za późno do szpitala, bo ich religia każe im najpierw zastanowić się, co stoi za chorobą. Boją się też, że w szpitalu mogą umrzeć.

Wielu młodych ludzi nie ma wykształcenia. Nawet szef wioski nie posyła dzieci do szkoły, bo twierdzi, że krowy zostaną bez pastuchów. Według siostry Elżbiety nie tyle chodzi o przekazanie ludziom wiedzy - to stoi dopiero na drugim planie - ile raczej o nauczenie, jak mają żyć, o edukację moralną.

Problemem jest też bieda. Po kiepskiej porze deszczowej ludzie nie mają za co żyć.

Placówka Sióstr Białych w Gumo to pięć sióstr: Beatrice Miburo z Ghany, Prosperine Samba z Konga, Margareth Kibola (Hegron) i Elizabeth Biela z Niemiec.

Siostry są tu od 1988 roku. Początkowo miały świadczyć pomoc socjalną kobietom, ale kiedy niektóre z podopiecznych zaczęły się nawracać, siostry rozpoczęły pracę katechetyczną. Misjonarki pracują na zewnątrz, wśród ludzi. Opowiadają w szkołach o możliwości wstąpienia do zakonu, uczą w przedszkolu, szkole podstawowej i średniej. S. Elżbieta odpowiedzialna jest w całej diecezji za dział katechetyczny. Siostry uczą też szycia w wiosce oddalonej 6 km od Gumo.

Wspólnota ma wiele pilnych potrzeb – brakuje pieniędzy na materiały szkolne dla dzieci, potrzeba materiałów do nauki religii, których nie można kupić w Ghanie. Dzieci nie mają też płaszczy przeciwdeszczowych i kiedy pada deszcz, nie przychodzą do szkoły.

W Tamale wspólnotę tworzą trzy siostry: Connie Gemme (USA), Jacqueline Picard (Canada) i Marie Renee Wyseur (Francja). Ich zadania to walka z nową formą niewolnictwa, zwłaszcza wśród kobiet, walka ze sprzedawaniem dzieci i w ogóle pomoc kobietom.

Siostry pomagają rozwódkom, wyrzuconym z domu przez męża czy rodziców, byłym prostytutkom. Prowadzą dla nich na przykład kurs szycia, kupują materiały, kobiety szyją ubrania, a siostry kupuje je od nich i sprzedają w swoim sklepie. Czasem siostry nie dają krawcowym od razu wszystkich pieniędzy, bo te nie umieją nimi zarządzać - zarządzania pieniędzmi też trzeba je uczyć.

 

 

WŚRÓD NAJUBOŻSZYCH – DIALOG I POMOC

(Tamale 16.08. 2003)

 

Ansziuma – tym razem mówię “dzień dobry” w języku plemienia Gonga, zamieszkującego m. in. wioski Sinsina i Kagbal, które miałam okazję odwiedzić. Ale zanim podzielę się moimi wrażeniami powiem, że od tygodnia jestem we wspólnocie Sióstr Białych w Tamale, która liczy niewiele, bo zaledwie 3 siostry.

Siostra Jacqueline pomaga kobietom, które są w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Pomoc polega m.in. na organizowaniu kursów szycia czy fryzjerstwa. Siostry opłacają np. kurs szycia, a potem, gdy dana osoba nabywa kwalifikacji, wykwalifikowana, kupują jej materiały. Następnie siostry odkupują uszyte ubrania i sprzedają w swoim sklepie, który istnieje od dwóch miesięcy. W innych przypadkach działalność siostry polega na pomocy duchowej i materialnej byłym prostytutkom. Siostra spotyka się z nimi indywidualnie, rozmawia i dopiero wtedy zastanawia się, jak może pomóc konkretnej kobiecie.

Siostra Maria pracuje w Centrum Dialogu Międzyreligijnego, próbując porozumiewać się nie tylko z wyznawcami islamu, ale także tradycyjnych religii plemiennych. Celem tej pracy nie jest nawracanie na chrześcijaństwo czy próba przeforsowania swoich racji, tylko próba odkrycia różnic i podobieństw oraz nawiązania bliższych kontaktów.

Trzecia siostra, Connie, koncentruje się na walce z handlem kobietami i dziećmi.

Zapoznałyśmy się z działalnością współpracującego z siostrami stowarzyszenia SERUPA. Celem działalności tego stowarzyszenia jest po pierwsze rozpoznanie potrzeb ludności, a po drugie – skuteczna pomoc. Ostatnio uczestniczyłam wraz z Hudu Haruna (z Serupa) w spotkaniu mieszkańców wiosek Sinsiny i Kagbal, znajdujących się w pobliżu Białej Wolty. Zanim jednak mogliśmy przejść do meritum sprawy, zostaliśmy przedstawieni trzem szefom: szefowi rolników, szefowi wspólnoty religijnej i szefowi ogólnemu. Wszyscy trzej mieszkają w jednym miejscu i są tak samo ważni i poważani. Po tym, jak Hudu Haruna wyjaśnił, dlaczego tu przyjechaliśmy, mogliśmy dopiero wejść do wioski. Ale ponieważ w tym samym czasie trwała ceremonia nadania imienia tygodniowej dziewczynce, musieliśmy zaczekać. Dzięki temu zobaczyliśmy i usłyszeliśmy modlitwę o błogosławieństwo w intencji nowonarodzonego dziecka. Wyglądało to tak, że każdy kładł do koszyka pieniądze, po czym mężczyźni odmawiali modlitwę. Po tej ceremonii przeszliśmy na specjalny plac, przeznaczony do przyjmowania gości. Ale zanim zaczęliśmy rozmowę, kobiety zaśpiewały dla nas piosenkę, potem zatańczyły. Przedstawiono je nam i dopiero wtedy prezes SERUPY mógł rozpocząć z miejscowymi omawianie problemów wsi.

 

 

ZŁOTO GHANY

(Saveligu, Marek Guzowski, 17.08.2003)

 

Pomimo tego, że Ghana należy do najbardziej zaawansowanych w rozwoju  krajów Zachodniej Afryki, nieobce są jej problemy handlu żywym towarem, zwłaszcza kobietami i dziećmi a także nielegalnego pozyskiwania złota. Marek i Kasia, wolontariusze misyjni z naszego Centrum Duszpasterstwa Młodzieży, dotarli do kilku wiosek na północy Ghany, gdzie funkcjonują nielegalne kopalnie najcenniejszego ze szlachetnych kruszców.

 

Prymitywne szyby znajdują się w trudno dostępnych terenach wiejskich w górzystej części Ghany. Dorzecze Białej Wolty jest słabo zaludnione, nie ma tam też dróg a w wielu wsiach również elektryczności. Słaba jest także kontrola władz rządowych. W okolicach wioski Kongo (pomiędzy Tamale a Navrongo – patrz mapa) można napotkać prymitywne kopalnie złota, stosunkowo łatwo dostępnego, na niewielkiej głębokości. Wydobywanie dokonuje się poprzez niepozornie wyglądające szyby, do skonstruowania których potrzeba trochę trzciny bambusowej i gliny.

 

Minerał wydobywa się z odwierconych szybów linami zakończonymi zwykłymi wiadrami. Ponieważ nie ma elektryczności i specjalistycznych urządzeń wszystko wykonuje się pracą ludzkich mięśni.

 

Po wyciągnięciu surowca na powierzchnię następuje żmudny proces płukania, znów przy użyciu niewyszukanych metod. Misy, donoszona woda i energiczne potrząsanie w celu wytrącenia kruszcu.

 

Złotonośne tereny północnej Ghany zamieszkałe są głównie przez ubogą ludność wiejską. Stąd też właściciele kopalń zatrudniają nielegalnie nawet kilkunastoletnie dzieci.

 

Władze Ghany przymykają oczy na proceder, raz z powodu trudności dotarcia do kopalń, a dwa z racji tego, że skromny dochód zapewnia jednak jakieś utrzymanie tysiącom wieśniaków. Tolerowana jest także praktyka zatrudniania dzieci.

 

Praca prowadzona jest także nocami. Źródłem światła są zwykłe latarki elektryczne ładowane bateriami.

 

Misjonarze ze Zgromadzenia Sióstr i Ojców Białych, próbują przekonywać miejscową ludność, aby dzieci uczęszczały do szkoły. Jednak w warunkach doskwierającej biedy chęć zdobycia środków do życia zwycięża nad możliwością edukacji.

 

Innym problemem nielegalnego urobku złota jest fakt, że praca często odbywa się przez 7 dni w tygodniu, za zgodą samych zatrudnionych.

 

 

ZŁAPANA. UWIĘZIONA. SPRZEDANA. O SYTUACJI KOBIET W GHANIE.

(Tamale, Ghana, 19.08.2003)

 

Jestem człowiekiem. Jestem kobietą. Ale zostałam potraktowana jak zwierzę. Złapana. Uwięziona. Sprzedana. Nie mam domu. Nie mam imienia, mężczyźni wołają na mnie: Ej! Ty mała! Choć nie chcę, muszę zgodzić się na każdą propozycję. Dziennie obsługuję od 10 do 20 klientów. Pieniędzy za swoją “pracę” nigdy nie widziałam...

 

To fragment listu nastoletniej mieszkanki Ghany, która została zmuszona do prostytucji. Miała dużo szczęścia, bo udało się jej uciec. Zazwyczaj afrykańskie dziewczyny, które wyjeżdżają do Europy, przepadają bez wieści.

 

Wszystko zaczyna się bardzo niewinnie - miły pan początkowo proponuje pracę kelnerki np. w holenderskiej restauracji. Najpierw jest podróż po Europie w celu lepszego poznania kultury innego kontynentu. Czyste łóżko, drogie ubrania, smaczne jedzenie i szarmanccy panowie - czyli wszystko to, o czym afrykańskie dziewczyny nie śmiały nawet marzyć, kiedy w rodzinnej miejscowości przemierzały kilkanaście kilometrów z wiadrem wody na głowie.

Piękny sen jednak szybko się kończy wraz z koniecznością uregulowania rachunków w restauracjach czy hotelach. Miły pan przemawia wówczas innym tonem, żądając pieniędzy, a następnie zmusza dziewczyny do prostytucji, która wydaje się jedynym wyjściem.

 

MARIA

Nie mogła znaleźć pracy, dzięki której byłaby w stanie utrzymać dziecko i pomóc rodzicom. Zawarła kontrakt z agencją, która obiecała jej pracę tancerki w holenderskim klubie. Kiedy przyjechała do Holandii i klub okazał się agencją towarzyską, wszystkie jej marzenia o Europie jako kraju szczęśliwości natychmiast się rozwiały.

 

TERESA

Chcą wyjść za mąż za obcokrajowca, zaczęła korespondować z mieszkańcem Niemiec. Wszystko przebiegało zgodnie z jej oczekiwaniami - zaplanowali razem przyszłość i facet zaprosił ją do siebie. Na miejscu przekonała się, że wymarzony mężczyzna to po prostu stary alkoholik, który później zaczął się nad nią znęcać.

 

LITA

Belgijski turysta zaproponował jej pracę sekretarki w swoim hotelu. W Belgii zabrał paszport i zmusił do prostytucji.

Historie są prawdziwe, opowiedziała mi je siostra Connie. Zainteresowała się problemem sprzedawanych kobiet, kiedy w 1997 była na 2 konferencjach dotyczących tego problemu. Kiedy w Holandii zobaczyła wiele afrykańskich dziewczyn, zmuszanych do prostytucji, pomyślała: muszę coś zrobić, nie mogę spokojnie położyć się do łóżka, kiedy wiele kobiet takich jak ja traktowanych jest gorzej niż zwierzęta. Co robi Connie: drukuje i rozdaje rozdaje ulotki z ostrzeżeniem; organizuje pogadanki i wykłady. Ludzie wiedzą o jej działalności, przychodzą do niej jeśli dostaną jakąś propozycję pracy, ona sprawdza pracodawcę, każąc mu wypełnić formularz uwierzytelniający intencje. Kiedy zaś jakaś kobieta wyrwie się z zasadzki prostytucji lub Connie (i zaprzyjaźnione organizacje pomogą w tym), próbuje zorganizować jej nowe życie.

 

 

SZCZURY I JASZCZURKI TO NIC GROŹNEGO

(Tamale, Ghana, 20.08.2003)

 

Chcąc ogólnie scharakteryzować problemy wiosek w Ghanie, można w skrócie powiedzieć, że nawet podstawowe potrzeby ludności nie są tu zaspokojone. Ważne jest jeszcze, oczywiście, jak rozumiemy te podstawowe potrzeby. Dla nas to choćby elektryczność. Tymczasem w wielu wioskach Ghany ludzie nawet nie śmią marzyć o elektryczności i mają znacznie poważniejsze problemy. Np. w tamtym roku, kiedy była bardzo mało obfita pora deszczowa, dużo osób zmarło z głodu, a to się tu dość często zdarza. Sposób i jakość życia tych ludzi zależy bowiem od pory deszczowej. Mieszkańcy wsi mają w związku z tym ogromne problemy z wodą i to nie tylko dlatego, że muszą po nią chodzić kilka kilometrów i że jest brudna, ale przede wszystkim dlatego, że jej brakuje. A jeśli już jej nie brakuje, to jest właśnie brudna, co z kolei przyczynia się do wielu chorób, na skutek których także umiera wiele osób. Np. najbliższy szpital jest oddalony od wiosek Sinsina i Kagbal 80 km, a gdy Biała Wolta wyleje, ludzie nie mogą tam dojechać. Ale jeżeli nawet Wolta nie wylewa, to i tak mają problemy z dojazdem, bo nie mają środków lokomocji.

Ten problem pociąga za sobą następny – edukacji. W Sinsine jest szkoła podstawowa, tylko trzyklasowa. Teoretycznie można się kształcić dalej, można dojeżdżać, ale praktycznie wygląda to tak, że trudno z wioski się wydostać. A poza tym dzieci są potrzebne na wsi w gospodarstwie, np. przy wypasie owiec. Poza tym większość ludzi mieszkających na wsi to rolnicy, wiec dochodzi problem z rolniczymi maszynami. Ale mieszkańcy wiosek bardziej niż o maszyny martwią się o młode dziewczyny, które bardzo często wyjeżdżają na południe, np. do Akry i przepadają bez wieści. Jadą pod pretekstem znalezienia pracy, ale najczęściej popadają w prostytucję. Kontaktu z nimi już nie ma i tak naprawdę nie wiadomo, co się z nimi dzieje.

Najbliższe plany SERUPY, stowarzyszenia, które poznałam, to zorganizowanie kursów szycia w wioskach Sinsine i Kagbal, żeby zastopować falę emigracji młodych dziewczyn. Oprócz tego SERUPA chce uczyć zasad higieny i podstawowych zasad funkcjonowania, np. żeby gotowali wodę, żeby myjąc się w wodzie z mydłem potem jej nie pili. Być może trudno w to uwierzyć, ale tak jest naprawdę. Kiedy obserwowałam życie w tutejszych wioskach od razu przypomniałam sobie wszystkie pozytywistyczne powieści i nowele, z obrazem polskiej wsi tego czasu, hasłem pracy u podstaw, pracy z ludem i dla ludu.

Sytuacja tutaj jest naprawdę bardzo trudna. Istnieją olbrzymie dysproporcje między warunkami życia na wsi i w mieście. Niedaleko bogaczy w miastach (co nie znaczy, że w mieście są sami bogacze), jakieś 20 km dalej, na wsiach, ludzie umierają z głodu.

Gdy na początku przyjechałam do Afryki, byłam zaskoczona wyglądem samego miasta. W Tamale odwiedziłam sporo domów i byłam mocno zdziwiona, że jest tak brudno, że szczury biegają po garnkach, że na ścianie jest jakaś jaszczurka. Ale gdy wróciłam z tych wiosek, to Tamale ze swoimi szczurami i jaszczurkami wydawało mi się szczytem cywilizacji. Do tego stopnia widoczne są tu dysproporcje.

W wioskach byłam z Alexandrą, Francuzką, i było nam naprawdę bardzo ciężko, dlatego że dla miejscowych biały człowiek to symbol bogactwa. Nawet, gdy śpiewali piosenkę dla nas, żeby nas przywitać, to po przetłumaczeniu znaczenie jej było takie: jeśli nam pomożesz, to Bóg ci wynagrodzi. Widać, że są jakby przygotowani na widok białego człowieka, żeby wykorzystać sytuację i spróbować wzbogacić się bądź wydostać ze wsi do miasta. I choćby pod tym względem widać, że sytuacja jest tu naprawdę bardzo trudna.

 

Teksty: Katarzyna Zagraba i Marek Guzowski

 

Źródło:

http://www.duch.lublin.pl 

Last Updated (Monday, 25 May 2009 21:40)

 
Nasz kanał na YouTube

 

Translator