Misją Stowarzyszenia Solidarności Globalnej jest niesienie pomocy osobom będącym w potrzebie poprzez działalność misyjną, rozwojową, edukacyjną, humanitarną oraz wszelką działalność służącą ochronie godności życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci.
Nasi partnerzy


Polub nas na:

Somethere

Trzy miesiące z życia mzungu

Nairobi - tam jest wszystko - mówi Żaneta. A wy tam pojechałyście pomagać - dopowiadam w myśli, zdziwiona nagle tym stwierdzeniem, choć przecież dziewczyny powtarzają to zawsze. Że wielki kontrast, bogaci i biedni obok siebie, szok. Ale tego bogactwa Nairobi nigdy serio nie brałam pod uwagę, prawdziwa była tylko bieda, współczucie, misja pomocy ubogim. Tymczasem tam jest wszystko: bieda, ale niewyobrażalne bogactwo też. Tylko ludzie nie widzą powodu, żeby się nim dzielić. - Ludźmi w slumsach nikt się nie przejmuje.

 

Za te rudery, w których mieszkają, muszą płacić, tysiąc szylingów miesięcznie. Właścicielowi, który ma willę piękną oczywiście, samochód najnowszy, ogród. Żyją w domach, z których mają widok na slumsy. Jest tak maksymalna różnica między bogatymi i biednymi, że to się w głowie nie mieści. Ja nigdy w życiu nie widziałam tylu mercedesów - opowiada Agnieszka. Kiedy to mówi, słychać w jej głosie pasję. Kiedy opowiada o dzieciach w szkole, którym trzeba było rysować żyrafki i słoniki - każdemu, a było ich sześćdziesiąt, bo inaczej byłaby wielka obraza - w tym glosie pojawia się czułość.

Opowiadają w ogóle zupełnie inaczej.

- Bardzo smutnie opowiadałaś - mówi do Agnieszki siostra Maite. Słuchała jej w kościele. Agnieszka jest trochę zmieszana, ale kiedy zaczyna znów, nie zmienia tonu, on wypływa z samego środka. Żaneta jest bardziej spokojna, tak jakby pewne rzeczy już sobie poukładała. Ale to może być złudzenie.

Czuję bezradność, gdy te opowieści mam podać dalej. Czuję też, że one same nie są do końca zadowolone z tego, co mówią. Nie chodzi o żadną poprawność. Po prostu - to nie jest wszystko, nie tak. Jak przekazać to doświadczenie? W którym są i ci ludzie z Afryki, i one.

 

*

 

Żaneta Staniec i Agnieszka Gacek spędziły w Nairobi trzy miesiące. - Przez pierwszy miesiąc się adaptujesz, potem już mniej więcej orientujesz się w mieście, wiesz gdzie jeżdżą matatu, busy, i znasz ludzi, a zaraz potem trzeba wracać - opowiada Żaneta. Dlatego trzy miesiące to minimum na taki wyjazd, żeby miał sens.

 

Ich droga do Afryki zaczęła się mniej więcej rok temu, kiedy znalazły się w grupie misyjnej przy Centrum Duszpasterstwa Młodzieży. Wiedziały, że chcą jechać na staż misyjny. Kolejne etapy: przekonywanie rodziców, rozmowy z siostrami, przygotowania, w efekcie zawędrowały do Kenii. Mieszkały u sióstr białych misjonarek Afryki, pracowały w szkole podstawowej, w sierocińcu i jako pracownice socjalne. Pracę w szkole załatwiła im siostra Cecylia Bachalska, ich afrykańska opiekunka, pracę w sierocińcu wynalazły sobie same.

 

*

 

Szkoła nazywa się Mukuru Primary School. Mukuru to slumsy. Slumsów w Nairobi jest bardzo wiele. W tych mieszka około 2 milionów ludzi.

Tę szkołę prowadzą zakonnice. Siostry nie uczą, dyrektorka i nauczyciele to osoby świeckie. Ich pensja płacona jest częściowo z państwowych pieniędzy, częściowo z projektu Mukuru Promotion Centre.

Do szkoły przyjmowane są wszystkie dzieci, zdrowe i chore. Na początku semestru dostają po ołówku, czasem jest łamany na pół.

Wszystkie pomoce naukowe w klasach, rysunki, mapy, robią nauczyciele.

 

- Przede wszystkim byłyśmy pomocą dla nauczycieli. Nie było możliwe, byśmy prowadziły same jakąś klasę, ale pomagałyśmy słabszym uczniom w indywidualnych lekcjach. Klasy tam liczą 50 do 60 dzieci, więc nauczyciel nie ma możliwości indywidualnie pracować z dzieckiem. Nauczycielka mówiła na przykład: ta szóstka jest słaba i z nimi robiłam jakieś ćwiczenia..

Uczyłyśmy matematyki, angielskiego, miałyśmy również lekcje plastyki, które same prowadziłyśmy, lub wuefu. Gdy jakiś nauczyciel był chory, prowadziłyśmy z taką klasą zajęcia cały dzień. Plastyka to była bardziej zabawa. Wymagała dużej kreatywności, bo one nic nie miały, ale bardzo to lubiły, chciały rysować, składać z papieru czapki, samolociki - wyjaśnia Żaneta.

Żadna z nich nie jest nauczycielką.

- Nie miałam problemów z nauczaniem dzieci. Kiedyś, jeszcze w podstawówce, w dzień nauczyciela, prowadziłam język polski i strasznie mi się to podobało. Teraz też dużą frajdę mi to sprawiało - mówi Żaneta. - A tam dzieci strasznie są aktywne, chcą iść do tablicy, pomagają. Jak mi jakiegoś słówka brakowało, kiedy uczyłam np. matematyki czy geometrii, to podpowiadały. To było tak, że jedną lekcję się przysłuchiwałyśmy nauczycielce, a potem się łapało pewne zwroty. Te dzieci były malutkie, więc jeśli było dodawanie, to się ciągle dodawało.
Lekcje były po angielsku, bo to oficjalny język Kenii, obok suahili. Angielski, jeśli się jedzie do tej części Afryki, to podstawa. Trzeba umieć się swobodnie komunikować. - Jest tyle szoków tam, że trzeba być jak najlepiej przygotowanym, żeby sobie oszczędzić tych, których można. Dlatego angielski bezwzględnie - mówi Agnieszka. Na początku jest trudno. Ludzie na przykład mylą "r" z "l" i kiedy mówią "play", to nie wiesz, co mają na myśli i co masz robić.

 

Oprócz nauki były rozmowy, na przerwach, z dziewczynami. - Do starszych klas dochodziłam tylko na przerwie. To były już dorosłe dziewczyny, 15-latki, 18-latki. Z nimi mogłam naprawdę porozmawiać o wszystkim. Nie chodziłyśmy do chłopaków ulicy, to nie było możliwe. Tak samo dziewczynki nie zwierzałyby się mężczyźnie - wyjaśnia Żaneta.

 

*

 

Dzieci siedzą w ławkach. Są trzy przerwy. Lekcja trwa 45 minut, jak się kończy, to wyciągamy książki do następnej lekcji i już. Druga przerwa to przerwa na herbatę - nauczyciele chodzą na herbatę, trzecia to lunch.

Sprawdzane są listy obecności. Jeżeli dziecko dłużej niż trzy dni nie przychodzi do szkoły, nauczyciel idzie do domu i sprawdza, jakie są powody, dla których nie przychodzi. Czy jest chore, czy mu czegoś nie potrzeba, czy nie musi pracować.

 

Żaneta mówi, że nauczyciele mają wielkie serce do dzieci. - W slumsach nauczyciele często się zmieniają, to jest największa bolączka. Te dzieci są trudne. Oni sami mówią: ja muszę być ojcem, matką i nauczycielem. Dzieci mają trudności z nauką, bo są głodne. Są rozbrykane, nienauczone dyscypliny. Do nauki dyscypliny służą kijki do bicia. Ale gdy pytałyśmy, co sądzą o nauczycielach, zawsze mówiły: my kochamy naszych nauczycieli, oni czasem na nas krzyczą czy nas uderzą, ale wiemy, że to dla naszego dobra. Ja też widziałam zainteresowanie tych nauczycieli. Oni wiedzieli bardzo dużo o swoich uczniach, znali ich historię.

*

 

Dla Agnieszki dzieci to sens tego wyjazdu. - Dla mnie najważniejsze było to, że były dzieci. Zawsze chciałam pomagać dzieciom - mówi. Kiedy rozmawiamy, widać, że myślami przenosi się do Afryki. - Siedzę na zajęciach i o nich myślę. Nie mogę się pozbierać - przyznaje. Słuchając jej czuję, że czegoś dotykam, jak przez szybę, ale jednak.

 

Od początku. Agnieszka opowiada:

- W ogóle się to nie zgadzało z moimi oczekiwaniami. Nie wyobrażałam sobie, że może być tak źle i że ludzie mogą żyć w tak okropnych warunkach. Nędza totalna. Ja nie potrafiłabym tam żyć. Próbowałam sobie wyobrazić, siedząc u kogoś w domu, jak by to było, ale to się nie da. Wpadałam w depresję. Dzieciaczki nie mają dzieciństwa, biegają gdzieś koło otwartej kanalizacji, to wszystko śmierdzi. Nie mają zabawek, nie mają rodziców często, a jak mają, to ich biją albo wykorzystują. Ojcowie mają dzieci z własnymi córkami. To się często zdarza. Człowiek przeżywa załamanie i wielki szok, zderzenie z tamtą rzeczywistością jest trudne. Ale dzieci okazują wspaniałe uczucia, przytulają się do ciebie, przynoszą ci cukierka, kiedy cukierek tam jest czymś tak bardzo cennym, skarbem, żeby się odwdzięczyć, że pozwoliłaś zrobić dziecku zdjęcie. Ogarniają cię uczucia maksymalnie skrajne. Jesteś radosna, kiedy dziecko okazuje ci wdzięczność, wychodzisz ze szkoły, i widzisz jak inne dziecko siedzi pod jakąś budą, głodne. I to cię załamuje.

 

- Chciałaś uciec?

 

- Chciałam, często, kiedy odwiedzaliśmy chorych na AIDS. Całe rodziny chore. Dzieci maleńkie, w stadium zaawansowanym. Jeden chłopiec, chyba go do końca życia nie zapomnę, 11 lat może miał, siedział na stołeczku, strasznie wyglądał, miałam wrażenie, że lada chwila może umrzeć. W tym momencie człowiek myśli: Boże, przecież to dziecko nie ma dzieciństwa, całe życie jest chore, nie będzie miało przyszłości. Wtedy się zaczyna doceniać to, co się ma. To chyba głównie to, co zawdzięczam Afryce.

Były takie radosne, Boże. Żaneta pokazała chłopakowi fragment filmu, który nakręciła kamerą, i on normalnie zaczął płakać ze szczęścia. To są takie emocje.

Chce mi się płakać, jak to sobie przypomnę. Jeden przyniósł mi kuleczki ze szkła, taka kuleczka to jest super zabawka.

Były takie chwile, że myślałam, że już nie mogę, a dzieciaki przylatują, oblepiają cię, dają takie pozytywne emocje, że już o tym nie myślisz.

Uczyły nas przede wszystkim prostych uczuć, zwracania uwagi na proste uczucia - gest, dotyk. Tęsknię do tego.

Opowiada Żaneta:

- Był taki moment, że mi zaczął przeszkadzać mój kolor skóry. Czułam się jak latarnia, za biała, za świecąca, czarny kolor zaczął mi się bardzo podobać, zauważyłam, że te kobiety są takie ładne, a ja się ciągle rzucam w oczy, jestem ciągle zauważana, nie przejdę ulicą spokojnie, zawsze będę zaczepiona przez dzieci czy dorosłych. Nie da się wtopić w tłum nawet w tak dużym mieście jak Nairobi. A my bardzo chciałyśmy się wtopić, żeby widzieli, że my nie jesteśmy inne. Dlatego na przykład nie przynosiłyśmy aparatu do slumsów, dopiero znając kogoś, po zapytaniu, po długiej rozmowie, robiłyśmy zdjęcia, czy dzieciom w szkole, kiedy same prosiły.

 

Na ulicy myślałam: jejku, jakbym miała zobaczyć jakiegoś znajomego Afrykańczyka, to bym nie odróżniła od tyłu, identyczni, morze ludzi o takim samym kolorze skóry. Ale potem już, po miesiącu, to się widzi różnicę. Czy dzieci na początku - potem już się wiedziało, imiona znało.

Oni też mieli problem czasami, pytali, czy my z Agnieszką jesteśmy siostrami rodzonymi. Dla nich my i wolontariusze ze Słowacji, to tak jakbyśmy mieszkali w jednej wiosce.

Żaneta zamyśla się.

- Tak samo, jak u nas ludzie myślą o Afryce. Afryka, co to jest Afryka? Afrykańczyk mówi: jadę do Europy - to nie znaczy nic. Ja teraz dopiero widzę, jaki to jest ogrom kulturowy, jak różny jest każdy kraj. Poznawałam ludzi z różnych krajów i każdy mówił o innym sposobie bycia, obyczajach, zachowaniu przy stole. Siostry z Burkina Faso czy Ghany, każda mówiła o innej kulturze, one dziwiły się sobie wzajemnie. Zobaczyłam, że Afryka to tylko określenie geograficzne.

Zupełnie jak Kapuściński w "Hebanie": "Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody, mówimy - Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje".

 

*

 

Wracając do dzieci.

Jakie są? O czym marzą?

Mówi Żaneta:

 

Są głodne.

- Dzieci w szkole dostawały posiłek, lunch, to było ich motywem przychodzenia do szkoły często. W poniedziałki była stuprocentowa frekwencja. W 90 proc. to był jedyny posiłek dzieci w ciągu dnia. Nauczyciele narzekali, że dzieci do lunchu nie mogą się skupić, bo myślą o jedzeniu. Dzieci na lunch jadły ryż i żółty groch, dzień w dzień. Byłam świadkiem, kiedy dzieci w woreczki lub jakieś pojemniki zabierały trochę ryżu do domu.

Pamiętam mój pierwszy raz, kiedy usiadłam do posiłku. Nauczyciele jedzą w innym miejscu, ja zostałam w klasie i powiedziałam, że chcę jeść z dziećmi. Chłopiec przyniósł mi ryż i nagle widzę - przynosi łyżkę metalową, wyciera o swój sweterek i podaje, mówi: "to dla pani". Ja taka ucieszona jem, skończyłam, oddaję tę łyżkę i widzę, że ona wędruje do dziewczynki, która jadła przy mnie rączkami. Więc łyżkę swoją oddała mi, bo ja byłam u nich w gościnie. To było dla mnie bardzo wzruszające.

 

Są same.

- Jest bardzo dużo dzieci, których rodzice zmarli na AIDS. Dzieci zadawały nam pytanie: czy ty masz rodziców? Siedmioletnie dziecko i takie pytanie! Tam mieć rodziców to nie jest normalne. Bardzo dużo jest sierot, w szkole, gdzie pracowałyśmy, lub dzieci, których tylko mama albo tata żyją.

Są bardzo samodzielne.

- Wiedzą jak się zachować np. kiedy kolega ma padaczkę. Albo jak się któreś skaleczy, nauczyciele się tym wcale nie przejmują, bo dzieci wiedzą, co zrobić.

 

Są otwarte, kochane, życzliwe, i pełne nadziei.

- Pytam dziewczynkę o jej marzenie, a ona mówi, że zostanie lekarzem. Jak pan Bóg pomoże, to będzie lekarzem, jest w niej tyle nadziei. Ale są też dzieci bardzo smutne, nie chcą rozmawiać, widać że coś jest nie tak i nie wiadomo, jak pomóc. Bo to małe dziecko, nie umie na tyle angielskiego, żeby się dogadać.

Te dzieci się garną. Przychodzi dziewczynka i prosi: niech mnie teraz pani pouczy. Albo jemy razem, przynoszą mi łyżkę, częstują. I było tak, że zaczynałyśmy je jak swoje traktować, odzywały się w nas uczucia macierzyńskie.

Jak miałyśmy odjeżdżać, dostałam list od jednej z dziewczynek, ona była muzułmanką, napisała mi, że zawsze to będzie wspominała, że mnie bardzo kocha, że góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze. Taka prostota, nadzieja. Od jednej dostałam podartą, zniszczoną książkę, powiedziała, że to jest piękna historia i ja ją muszę przeczytać, ona mi ją oddaje.

 

Mówi Agnieszka:

- Niektóre dzieci są bardzo ambitne, zdolne, chcą być lekarzami, prawnikami, mają marzenia a oczywiście nie mogą ich zrealizować. Słuchasz dziecka, które ci opowiada: chciałabym być lekarzem, a wiesz, że to jest nierealne, bo to dziecko skończy podstawówkę i nie pójdzie nigdzie indziej do szkoły, rodzice nie są w stanie za to zapłacić. Podstawówka, szkoła średnia, wszystko jest płatne, dzieci nie mają szansy na rozwój i tu też człowiek się załamuje. Widzisz takie dzieci z marzeniami i wiesz, że nic z tego nie będzie.

To są takie inne dzieci. U nas dzieci tak często marudzą. A tam dzieci tak uśmiechnięte, choć nie mają nic, żyją w takich warunkach

Takie szczere uśmiechy, wszystkie zęby na wierzchu, takie rozbrykane, tyle mają życia, takie wdzięczne.

Niektóre dzieci zaczęły mówić do mnie "mamo".

 

Żaneta:

- Marzą o wszystkim. Nie ma telewizorów w slumsach, jest gdzieś tam, jeden, wszyscy się schodzą, i oglądają telenowele brazylijskie, np. "Secreto de amor". To leciało tylko w soboty i niedziele, jak się dowiedziałam, to od razu zaczęłam to oglądać, żeby być na bieżąco. (dla wyjaśnienia: Maria Clara is a modern girl, hardworking and willing to confront the world on behalf of her small family. She is about to realize her dream of marrying her longtime boyfriend, Carlos Raúl Fonseca, a local mechanic. But only 20 days before the wedding, Carlos Raul loses his job and he asks Maria Clara to postpone the wedding so that he can go to Miami to find work. Carlos Raul travels to the USA in search of a better future. Maria Clara waits behind, heartbroken. When her mother dies suddenly of a heart attack, Maria Clara follows the advice of her aunt and decides to travel to Miami to find her boyfriend. The last thing she imagined was that he had found himself another woman: Barbara Serrano Zulbaran, a haughty but beautiful and wealthy woman, who had fallen immediately in love with Carlos Raul and promoted him to manage her chain of hotels. Carlos Raul somersaults from poverty into the high life in the blink of an eye. He is all set to marry Barbara, but then Maria Clara shows up.)

 

O czym rozmawiają?

Żaneta:

- Rozmawiało się o ubraniach, o włosach, że któraś była u fryzjerki i jak jej włosy zaplótł. Marzą, że chcą iść do szkoły średniej z internatem, bo jak będą w internacie to będą miały czas na naukę i nie będą musiały pracować. Jedna mówiła, że chciałaby wyjść za Europejczyka, bo oni są dobrzy i nie biją kobiet. Inna pyta, czy znam Shakirę? No znam. No to zaśpiewaj mi. I sama zaczęła śpiewać.

Ale dziewczynki, które przychodziły do nas, chciały też wyrzucić z siebie problemy. Miały poważne pytania: jak u was jest, czy są gwałty? U nas takie małe dziecko o to nie zapyta. Ja im mówiłam o godności kobiety. Jesteś kobietą, nie ma prawa ciebie mężczyzna bić. Zdarzyło się, że tam chłopiec uderzył dziewczynkę, i ja widziałam po ich reakcji, że przyjmowały to z uśmiechem, jakby się nic nie stało. Brałam takiego chłopca, rozmawiałam, pytałam - dlaczego ją uderzyłeś, to jest dziewczynka, nie możesz jej bić. Miałam wrażenie, że oni mnie odbierali, jakbym z Marsa spadła, dla niego to jest normalne, on to widzi na co dzień. Nie chcę generalizować, żeby wyszło, że wszyscy Afrykańczycy są źli i biją kobiety, ale tam mężczyzna ma bardzo wysoką pozycję w rodzinie, jest szanowany i respektowany. Tam uderzenie kobiety to jak u nas dziecku dać klapsa w tyłek. On ma na to przyzwolenie od społeczeństwa. O tym, że kobiety są bite, słyszałyśmy też od osób na dobrym poziomie finansowym. To jest w mentalności i ich kulturze.

Zachowanie afrykańskich mężczyzn było dla dziewczyn czymś zdumiewającym.

- Szliśmy ze znajomymi, szedł mężczyzna, jego żona i my we dwie z Agnieszką. My niosłyśmy ciężkie torby, a on nawet nie zapytał, czy pomóc. Tam mężczyzna nie niesie. Kiedy indziej jakiś człowiek był zdziwiony, że nie jestem w stanie podnieść wiadra z wodą - za ciężkie? Jak to za ciężkie?

Nas jednak inaczej mężczyźni traktowali, np. przepuszczeniem w drzwiach. Tam mężczyzna jest panem, panem domu. Opowiadał mi ojciec rodziny, że kiedy wchodzi do domu, a jego żona siedzi - to jego żona wstaje i ustępuje mu miejsca. To jemu się należy szacunek.

Były też zabawne sytuacje. - Młodzi chłopcy trzymają się za rękę albo chodzą objęci w pół - nie wiadomo, jak zareagować - a tak się tam po prostu wyraża koleżeństwo.

 

Sytuacja kobiet jest często dramatyczna.

- Dziewczynki są notorycznie gwałcone. Mężczyźni chorzy na AIDS wierzą, że stosunek z małą niewinną dziewczynką uzdrowi ich. Nauczycielka Luis, która ma pięcioletnią córeczkę, mówiła, że boi się o swoje dziecko, w pracy zastanawia się, czy jej ktoś nie zrobi krzywdy.

Kolejnym problemem jest obrzezanie kobiet. Wiele książek powstało na ten temat, nam dziewczynki o tym opowiadały. To nie jest kwestia religii, tylko raczej tradycji. Masaj, jeśli kobieta nie jest obrzezana, nie weźmie jej za żonę.

 

*

 

W szkole pracowały przez lipiec, w sierpniu zaczęły się wakacje i zaczęły pracować w sierocińcu - Mama Ngina Kenyata (Mama Ngina była żoną pierwszego prezydenta Kenii).

- Sierociniec był dla mnie najłatwiejszy, ale dlatego, że ja lubię małe dzieci. Może fizycznie to nie było najłatwiejsze, bo tę czternastkę dzieci trzeba było przewinąć, nakarmić, utulić, zrobić pranie, wszystko to robią opiekunki - opowiada Żaneta. - Albo ćwiczenia z Joshuą, niepełnosprawnym chłopczykiem, jak wracałam to nieraz czułam kręgosłup. Joshua, który miał prawie dwa latka, nie mógł siedzieć, nie mógł chodzić, robiłyśmy z nim różne ćwiczenia i to nam dawało wiele radości, kiedy widziałyśmy, że po tygodniu, po dwóch, on zaczyna się uśmiechać, siadać. A wcześniej reagował płaczem na dotyk.

One dawały mnóstwo siły i radości. W szkole dzieci również.

Agnieszka często myśli o dzieciach : - Gdybym mogła, to bym pojechała po nie wszystkie. W sierocińcu czasem kobiety przychodziły i mówiły: weź go. Weź tego dzieciaka. Ja bym z chęcią wzięła.

 

*

 

Nairobi to miasto zglobalizowane. Dla Europejczyka nie ma szoku kulturowego, te same marki co u nas, ludzie przybywający ze wsi szybko wtapiają się w tę kulturę.

Dzieci w szkole są przyzwyczajone do białych wolontariuszy. Są bardzo otwarte.

Ale niektóre pytania były zabawne. - Jeden chłopczyk zapytał, z jakiego plemienia jestem, Kikuju czy Bantu. Gdy mu zaczęłam tłumaczyć, że jestem z Europy, że oprócz Afryki jest jeszcze Europa, zdumienie w jego oczach było rewelacyjne - śmieje się Żaneta.

Dopiero slumsy są szokiem.

 

W slumsach jesteś intruzem. Jesteś biała. muzungu. Dzieciaki lecą za tobą i wołają - how are you, muzungu? Ciągną gdzieś. Czasami tak oblepiają, że wydaje ci się, że jesteś niesiona.

 

Jak wyglądają slumsy?

- To jest trudne do wyobrażenia. Pierwsze, co mi się narzuca na myśl, to że u nas zwierzęta na wsiach mają lepsze warunki niż ludzie, którzy tam żyją - mówi Żaneta.

- Małe domki, często szałasy lub domy zbite z jakiejś blachy, wielkości małego pokoiku, w którym mieszka siedem osób. Nie ma toalety, nie ma kanalizacji, a temperatura jest bardzo wysoka, więc odór. Przede wszystkim potworna bieda, której sobie nie wyobrażamy. Tamta bieda a nasza bieda - my jesteśmy bardzo bogaci. Nawet nasz bezdomny w porównaniu do tamtego bezdomnego jest bardzo bogaty.

Jednocześnie slumsy są bardzo dobrze zorganizowane.

- Jest ubita ziemia, droga, przy niej są ustawione te budy, bardzo równo. Jest główna droga i boczne uliczki, wszystko z głową. Oczywiście jakieś sklepiki, nawet widziałyśmy kino, "cinema" pisało, w jakimś baraku, nie wiem, czy ktoś tam miał telewizor czy jakiś rzutnik. Jest fryzjer, spożywczy, warzywniak, szewc.

Ludzie, którzy tam mieszkają, nie mówią "Mitumba slums" czy "Mukuru slums", ale "village". Wioska.

 

W slumsach Agnieszka miała przygodę:

- Poszłam kiedyś do slumsów i ludzie chcieli być dla mnie życzliwi. W slumsach było sprzedawane mięso, całe oblepione muchami, blachy też są nimi oblepione. Jeden pan chciał być dla mnie dobry, odkroił kawałek, tam leżała jakaś szczęka, zęby - i masz, daje mi. Ja nie byłam w stanie. Pomyślałam sobie: lepiej będzie jeżeli zjem, czy lepiej będzie jeżeli nie zjem? Nie zjadłam, ale nie obrazili się. Zaraz poczęstowali mnie ugali i tego skosztowałam. Ugali to jest mielony ryż, gotowany w wodzie z mąką.

 

Jak oni żyją?

- Ludzie ze slumsów pracują w fabrykach, sprzątają, te zarobki są bardzo mizerne. Tam jest bardzo duża wspólnota hinduska, jeszcze z czasów kolonializmu, to są teraz bardzo bogaci ludzie, przedsiębiorczy, mają sklepy i puby, ci ze slumsów u nich pracują, jako pomoc do kuchni, jako nianie. Nie są w stanie wynająć sobie innego mieszkania. Ale nawet mieszkając w slumsach musisz płacić czynsz. Ktoś, kto jest bardziej przedsiębiorczy, postawi kilka bud i bierze za to opłaty. I jak nie zapłaci taka osoba, to na drugi dzień wylatuje. A z drugiej strony gdyby ktoś zobaczył, że można nie płacić, to by miesiącami nie płacił. Jak chcesz tam zarobić, to się nie da pobłażać.

Policja nie miesza się w życie slumsów. Słyszałyśmy o różnych przypadkach. Przyjeżdżają, jak jest morderstwo. Jest bardzo niebezpiecznie. Nieraz w nocy słyszałyśmy strzały. Jak pracowałyśmy jako social workers, pokazali nam kiedyś ubranie kobiety, która w nocy została zamordowana. Ja to strasznie przeżyłam. Wróciłam i nie mogłam jeść, w nocy śniły mi się koszmary. Spotkaliśmy potem syna tej kobiety. Co mu powiedzieć? On był w naszym wieku. Jego matka była prostytutką, był tego świadomy przecież. Dałam mu medalik z Matką Bożą i powiedziałam, że będę się modlić za niego.

 

Dzieci w domu zachowują się inaczej niż w szkole - mówi Agnieszka.

- W domu są wystraszone. Byłam u jednej dziewczynki, Florence. Nie wiedziałam, co się stało z tym dzieckiem: zawsze rozbiegana, a w domu - głowa spuszczona, wciśnięta w ramiona, czujna. Ta Florence posiłek, który dostawała w szkole, dzieliła na części i niosła dla swojego braciszka. Nie widziałam tego braciszka, bo oni się wstydzili go pokazać, że jest taki maleńki.

To był pierwszy dom, w jakim byłam w slumsach. Niewielki, zbudowany z blachy i w niewielkiej części z desek. Wejście było bardzo wąskie i niskie. Tylko jeden pokój, nie było podłogi, tylko goła ziemia, okien również nie było. Przy wejściu stała mała kuchenka podgrzewana węglem - pomieszczenie wypełnione było dymem. Na środku pokoju stały dwa łóżka, a pod nimi w miskach pozwijane ubrania.

Te dzieci są bite. To widać. Taki Robercik u nas był, jak się podeszło z tylu do niego, to się zasłaniał rękami. Myślał, że się go chce uderzyć. W szkole dzieci są inne, to jest jedyne miejsce, w którym czują się bezpieczne. Kończą zajęcia o pierwszej, jedzą obiad i siedzą do czwartej, do końca. Bawią się, tłuką.

 

Co z nimi będzie? Dziewczyny myślą, że powielą scenariusz rodziców. - Nie znają innego przykładu. Nieraz jest tak, że matka jest prostytutką i dziewczynka na to patrzy, wszystko się dzieje przy dzieciach, życie rodziców. Oni są w większości chorzy na AIDS, mężczyźni zdradzają żony. Nie mają pracy, siedzą w tych slumsach pół życia.

Dlatego warto, żeby organizować szkoły dla dzieciaków, inwestować w te dzieci, zabierać je, te sieroty, żeby ludzie tam jeździli, żeby im dawali przykład. Najważniejsza jest edukacja. To jest szansa dla dzieciaków, że można inaczej.

Tam jest niesamowicie dużo zdolnych dzieci.

 

*

 

Nie jest tak, że w Nairobi nikt nie pomaga, wręcz przeciwnie.
Żaneta mówi, że ilość organizacji, które przyjeżdżają, żeby pomagać, była dla niej dużym zaskoczeniem. - Ale tam się słyszy, że tak naprawdę 10 proc. pieniędzy trafia do ludności, reszta to są biura, samochody, pensje. Spotkałyśmy wielu wolontariuszy z różnych krajów, nie można generalizować, że wszyscy źle pomagają, ale wiele osób mówiło, że ta pomoc często nie trafia do najbardziej potrzebujących. Problemem jest, że ci ludzie, którym się pomaga, są w jakiś sposób rozpieszczani, psuci przez tę pomoc, są do niej przyzwyczajeni. Ty jesteś biała, to ty mi dasz. Nieraz spotkałyśmy się z Agnieszką z żądaniami typu: daj mi tę kurtkę, daj mi aparat. Pytałam: a dlaczego mam ci dać? Ja nie mam, żeby ci dać. A dla nich to było oczywiste, że mam pieniądze. Na wsi jest inaczej. Tam nikt nas o to nie pytał. Oni tam dawali, gościnę. Choć w Nairobi też byłyśmy w gościnie, ci ludzie są w ogóle bardzo gościnni i otwarci.

 

Kiedy myślą o pomocy dla Afryki, wiedzą, że to musi być bardzo przemyślane, musi trafiać do konkretnych osób. - Jak dam pieniądze, to oni się często robią bierni, nie szukają pracy. To nie znaczy, że ta pomoc nie jest potrzebna, to by było krzywdzące. Ludzie potrzebują pomocy. Ale jak wszędzie - jeśli chcemy pomóc - musisz wiedzieć, gdzie to trafi. Ja tam byłam, znam osoby, nauczycieli, dyrektorów, przygotowując następnych wolontariuszy do wyjazdu wiem, co tam będą robić, czy dając pieniądze, wiem, gdzie one trafią. Sprawdziłam to, widziałam.

Adopcja serca - to też jest bardzo pozytywne dzieło.

- Naszym największym marzeniem jest, by mieć miejsce, gdzie wolontariusze by przyjeżdżali. Spotkaliśmy wolontariuszy ze Słowacji, oni tam mają swój ośrodek, my korzystamy z życzliwości misjonarzy. To jest jedno z marzeń przyszłości, by mieć swoje miejsce, na własnych warunkach - mówi Żaneta.

Na razie ruszyła grupa misyjna, kolejne osoby będą przygotowywać się do wyjazdu misyjnego, organizować akcje, zbiórki, kiermasze, fundusze na wyjazd i na stypendia dla dzieci w Kanyakine w diecezji Meru.

 

*

 

Jako pracownice socjalne raz w tygodniu chodziły do slumsów.

 

- To było bardzo trudne. Chodziłyśmy do najuboższych, razem z grupą Kenijczyków przy parafii, przy której mieszkałyśmy, franciszkanów. Oni dwa razy w tygodniu chodzili do slumsów i myśmy się dołączyły.

Robiłyśmy wywiad środowiskowy, że np. to dziecko jest chore, potrzebuje leków, dowiezienia do szpitala itp. Dopiero potem, gdy zebrałyśmy ten wywiad, to oni coś robili. To może nie było tak wymierne jak praca w sierocińcu, ale dało nam obraz, jak tam jest.

Tam wielu dorosłych ludzi przyjmuje chrzest. Generalnie jest mały odsetek katolików. Chodziłyśmy do katechumenów, odwiedzać ich, żeby zawiązać wspólnotę. To było dla mnie nowe doświadczenie. Trochę dziwne, jednak jestem przyzwyczajona, że katolicy to większość. Ale w ogóle nie miałyśmy żadnych problemów z naszą wiarą. W szkole były dzieci protestantów, katolików i muzułmanów, tak samo nauczyciele. Z żadną przykrością nigdy się nie spotkałam, byłyśmy zapraszane na nabożeństwa przez protestantów czy do meczetu.

Tam ludzie są przyzwyczajeni, że są różne wiary. Nie rozumieją tylko ateizmu. To niemożliwe, żeby człowiek nie wierzył w nic.

 

*

 

Załamanie, kryzys, bezradność - przychodzą niezawodnie.

- Zadaje sobie człowiek pytanie: Boże, gdzie Ty jesteś? Ale On jest. Ci ludzie pokazują. Spotkałam ludzi tak głębokiej wiary, że byłam w szoku - opowiada Agnieszka.

Tak jak ten krawiec.

- Egzaf odwiedzał z nami ludzi w slumsach. Początkowo myślałam, że to jakiś pan z bogatej dzielnicy pomagający tym ludziom, a okazało się że mieszka w slumsach, ma jedenaścioro dzieci i żonę, oni mieszkają na wsi a on zarabia na ich utrzymanie. Boże, ten człowiek miał taką wiarę, że ja po prostuCi ludzie, biedni, żyją tak godnie. Tak otwarcie, bez żadnych przekrętów, kombinacji. To trzeba zobaczyć, tego nie da się opowiedzieć. Egzafowi rozwalił się dom. W czasie pożaru spłonęło 60 domów i podczas gaszenia runął i jego. Pracował na ten dom 20 lat. Postawił sobie budkę, obok budkę dla dzieci, w tym domku nie miał nic, nie miał nawet łóżka, tylko maszynę i pełno ubrań. Tak zarabiał, reperując ubrania. Oni tam, w slumsach, robią co mogą: jakieś pierścionki, mandazi, pączki. Ten człowiek całe życie zarabiał na te domki, na swoją rodzinę, i nagle mu się to wszystko rozwaliło. A jest uśmiechnięty i przyszedł, bo dowiedział się, że wyjeżdżamy, przyszedł nas pożegnać. Jeszcze ci powie z uśmiechem, że trzeba ufać, że się znajdą ludzie i pomogą. Ja tak beczałam, kiedy jechaliśmy razem na lotnisko.

Trzeba mieć silę, żeby tam być.

 

*

 

- Uczyłyśmy dzieci mówić po polsku, jak się masz, kocham cię. Kiedyś jeden chłopiec na korytarzu krzyczy za mną: teacher, teacher! Ja pytam: co Brian? A on "kocham cię"! Po polsku.

I zawsze bawiły się naszymi włosami. Zachwycały się, że są takie "smart". Potem przestałyśmy w ogóle zwracać na to uwagę.

 

*

 

Czy taki wyjazd ma sens?

 

Żaneta nie ma wątpliwości.

- Ja od razu jadąc tam wiedziałam, że świata nie zbawię, ludzi nie uszczęśliwię od jednej Żanety z Polski, ale dla mnie to była duża radość, kiedy rozmawiałam z nimi, że to było ważne, że ktoś ich wysłucha, że ja powiem, że jesteś wartościową dziewczyną. Czasem w żartach zaczynałyśmy rozmawiać o chłopakach, ja im mówiłam o marzeniach, planach, o tym, że studiuję, widziałam, że słuchają, i widziałam, że mogę im dać nadzieję. Jedna dziewczynka kiedyś powiedziała, gdy pytałam o Kenię, coś w stylu: "a bo, to jest taki kraj. U nas jest beznadziejnie". Jak możesz tak mówić, popatrz na historię, na kolonializm, to wszystko ma teraz swoje skutki, twój naród tyle wycierpiał, to jest naprawdę chwała tym ludziom! Dałam jej tym poczucie godności. I ja widziałam - po to jestem, żeby im mówić, że są wartościowi. Że coś mogą w życiu osiągnąć, choć mieszkają w slumsach. To było dla mnie wymierne.

 

Dzieci w slumsach najczęściej są z patologicznych rodzin. Nieraz nie otrzymywały na co dzień miłości, nieraz były bardzo niegrzeczne, a dzieci w szkole, w ramach wyrabiania dyscypliny, bite. Myśmy nigdy dzieci nie biły. Najbardziej niegrzeczne dzieci, kiedy podeszłam, dotknęłam, posadziłam sobie na kolanach, pytałam co się dzieje, dlaczego, to dziecko nagle się zmieniało, nagle robiło się spokojne. Przez miłość, obecność tam, łagodniały. To było dla mnie żywe, namacalne świadectwo, że miłością można zmienić drugiego człowieka.

 

Pojechałam tam, żeby dać coś z siebie. A kiedy wróciłam, zobaczyłam, że dałam malutkie ziarenko, a otrzymałam ogromną górę doświadczeń, miłości ze strony ludzi. To Afryka mnie obdarowała, pokazała mi, jak w prosty sposób okazać wdzięczność, uczucie, szacunek, temu najmniejszemu, upokorzonemu. Jak w tym wszystkim ja jestem szczęśliwa, jak jestem bogata w sensie finansowym i duchowym.

 

Czy ta obecność coś zmienia?

Agnieszka się zastanawia.

 

Ja nie wiem, nie mogę powiedzieć. Ale widzisz, że są radosne. Jest wielki krzyk, gdy wchodzisz do klasy, kłócą się gdzie masz siedzieć. Uczyłam czterech chłopczyków - Bernarda, Eliasza, Roberta i Enoka. Kiedyś się pobili, bo usiadłam obok jednego z nich, drugi uciekł pod ławkę i płakał. Widzę: ołówkami się kłują, nie wiem co robić, wołam nauczycielkę, ona ich uspokaja, tłumaczy w suahili. W końcu się pogodzili, ustaliliśmy, że jednego dnia siedzę obok Bernarda i Eliasza, a następnego obok Roberta i Enoka. Czasem nie wiedziałam, co robić i jak zapanować nad dzieciakami, wtedy interwencja nauczycielki była bardzo skuteczna. Czasami stosowałam mały szantaż. Kiedy nie chciały słuchać, brykały po ławkach i nie było siły, żeby ich uspokoić, mówiłam, że sobie zaraz pójdę, wtedy nagle nastawała cisza.

Ich obecność dużo zmieniła we mnie, ale czy moja w nich - tego nie wiem. Cieszę się jednak, że przyjęły mnie z takim entuzjazmem, radością. Jestem im wdzięczna, bo to dzięki nim wytrwałam do końca.

 

Pozbyłam się swojego idealistycznego postrzegania świata, i uświadomiłam sobie, że Bóg jest naprawdę cierpliwy i łaskawy dla nas.

 

*

 

Żaneta: Taki wyjazd nie może być ucieczką od twoich problemów tu. Bo w Afryce wszystko z ciebie wyjdzie, i to co dobre, i to, co złe.

 

Agnieszka: Tak, bywało trudno, ale zapomnieć? Nie, nie, pamięta się jeszcze bardziej.

 

Żaneta Staniec jest studentką SGH w Warszawie, Agnieszka Gacek studiuje zarządzanie zdrowiem publicznym w Akademii Medycznej w Lublinie.

 

źródła:

www.duch.lublin.pl

Last Updated (Monday, 25 May 2009 21:42)

 
Nasz kanał na YouTube

 

Translator